Sebastian Mila wraca do Wrocławia. Już w sobotę w meczu przyjaźni Śląsk zagra z Lechią w ramach 28. kolejki T-Mobile Ekstraklasy.

 

Jakiego przywitana przez kibiców spodziewa się Sebastian Mila w sobotę?

 

- Trudno mi jest powiedzieć. Na pewno kibice Śląska już nic nie muszą dla mnie robić, bo przez ten czas, który byłem we Wrocławiu zrobili naprawdę wiele. Wspierali mnie w trudnych momentach. Jeśli ktokolwiek jest komuś coś winien, to na pewno ja im. 

 

Słabsza gra Śląska na wiosnę wynika z braku Mili?

 

- Nie, nie łączyłbym tego absolutnie. Wydaje mi się, że w futbolu takie sytuacje po prostu się zdarzają, że drużyna wpada w taki dołek, ale kwestią czasu jest, gdy z niego wyjdzie. Oglądaliśmy wielokrotnie spotkania Śląska i wbrew pozorom oni grali naprawdę bardzo dobrze. To są bardzo dobrzy zawodnicy, którzy ciężko pracują na treningach i za wszelką cenę będą chcieli nas pokonać.

 

- Jeszcze z wieloma zawodnikami mam bliski kontakt. Z Krzysztofem Ostrowskim, Piotrem Celebanem, Mariuszem Pawelcem... Mariuszem Pawełkiem, nowym kapitanem. To są zawodnicy, z którymi spędziłem bardzo dużo czasu. Teraz po raz pierwszy będzie mi dane się z nimi konfrontować.

 

Sebastian wciąż ma bardzo wielu przyjaciół we Wrocławiu, którzy podczas meczu mogą mieć rozdarte serca.

 

- Na pewno będą kibicować swojej drużynie, ale pewnie też po części mi, żeby mi się dobrze grało. Myślę, że sport to jest coś pięknego. Po prostu wygra drużyna lepsza, która będzie lepiej dysponowana. Mam nadzieję, że to będziemy my. Muszę jednak powiedzieć, że zostawiłem we Wrocławiu wspomnienia i wspaniałych ludzi, zatem z przyjemnością tam wracam.

Historia spotkań ze Śląskiem

Nie zawsze bywało we Wrocławiu kolorowo. Były też gorsze momenty.

 

- Nie jestem taki, który chce komuś coś udowodnić. Naprawdę byłem dobrze traktowany przez ten okres. Oczywiście zdarzały się momenty, kiedy było bardzo trudno i nie łatwo mi się z tym żyło, ale teraz o takich rzeczach się nie pamięta. W każdym klubie zawsze każdego piłkarza może coś takiego spotkać. Darzę wszystkich w Śląsku ogromnym szacunkiem.

 

Dziś na antenie Radia Wrocław Mariusz Pawełek powiedział: "Nie wiemy jak mamy przywitać Milę, skoro on się z nami jeszcze nie pożegnał". 

 

- Znowu bankiet chcą (śmiech). Sytuacja była bardzo jasna i klarowna. O 23 dostałem telefon, że sprawy zostały załatwione, a o 7 drużyna [Śląsk] wyjeżdżała na obóz, więc generalnie nie było jak tego załatwić. Mariusz chyba nie oglądał konferencji prasowej, dlatego pewnie tak powiedział. Pożegnałem się, podziękowałem im, kibicom i trenerom. Żeby się pożegnać z zawodnikami, musiałbym zrezygnować z meczu Lechii, więc myślę, że "Marian" mi wybaczy.

 

W Śląsku Sebastian miał kilku trenerów. O większości wypowiadał się ciepło. Jedynie Stanislav Levy nie mógł liczyć na osobny akapit.

 

- Myślę, że trener Tarasiewicz, który uwierzył we mnie i postawił na mnie od samego początku. Przyjście do Wrocławia nie było wtedy łatwe, a on bardzo nalegał i obdarzył mnie dużym kredytem zaufania. Moja wiara, że możemy coś osiągnąć, była właśnie od niego. Sporo również zawdzięczam trenerowi Lenczykowi, który spełnił moje marzenie z dzieciństwa, czyli zdobycie mistrzostwa Polski - wspaniały czas. A trener Pawłowski, sami wiecie jak wiele poświęcił mi czasu i pracy, żebym mógł spełniać dalej marzenia. To dzięki niemu udało mi się zdobyć bramkę i mieć niesamowity wieczór z Niemcami. Ci trenerzy są dla mnie wyjątkowi i będę im zawsze wdzięczny za to co zrobili.

 

- Trudno mi jest powiedzieć. Trener siedzi w środku, wie co się tam dzieje, może wydarzyło, albo co trzeba było zrobić, żeby było lepiej. Oczywiście jest to małe trzęsienie ziemi, bo sam byłem zaskoczony, ale gratuluję Mariuszowi tego, że jest kapitanem. Fajnie byłoby pokonać nowego kapitana.

 

- To wszystko odbieramy tak, że musimy być jeszcze bardziej zwarci i gotowi, bo jednak ta cała sytuacje powoduje, że oni będą jeszcze bardziej zdeterminowani i będą chcieli nas pokonać.

 

Jednym zwycięstem z Legią nie ma co się podpalać. Przyjdzie słabszy występ i można wypaść poza ósemkę.

 

- Myślę, że świadomość tego jest ogromna. Po Legii była uzasadniona radość, bo jako zespół zasłużyliśmy na zwycięstwo i na to, by się pocieszyć. W tygodniu jednak było po nas widać, że czeka nas - być może - nawet trudniejszy przeciwnik do ogrania. Wiemy o tym, że ta ósemka jest wbrew pozorom bardzo daleko. Gramy trzy bardzo trudne spotkania i nie możemy opierać się wyłącznie na liczbach, przeciwnikach, tylko trzeba pamiętać, że piłka nożna jest taką dyscypliną, że można sobie w pewnym momencie nabić guza i będzie problem.

 

- Ja wierzyłem w ten zespół [w Lechię]. Na obozie w Hiszpanii bacznie się przyglądałem, bo to było dla mnie coś nowego. Przychodziłem do nowego klubu, do nowych kolegów i chciałem jak najszybciej zobaczyć jakie będzie moje miejsce, a także jaki potencjał drzemie w drużynie. Zobaczyłem młodych chłopaków głodnych sukcesów, którzy chcą się identyfikować z tym klubem i być wiodącą postacią.

Obserwuj autora na Twitterze