Już dziś mecz Lechia - Legia w ramach 36. kolejki T-Mobile Ekstraklasy. Portal Legia.com porozmawiał przed tym spotkaniem z Łukaszem Budziłkiem, który jeszcze w poprzedniej rundzie reprezentował barwy Legii.

 

Nie chcesz chyba powiedzieć, że to będzie mecz jak każdy inny. Nie masz nic do udowodnienia?

 

- Czy ja wiem? W Legii nie wszystko potoczyło się tak, jak to sobie wyobrażałem. Teraz jednak jestem w Lechii i to jej dobro leży mi na sercu. Chciałbym, żeby trzy punkty zostały w Gdańsku, a jeśli się do tego przyczynię, to będę miał dużą satysfację. Wierzę w trzy punkty, które przybliżą nas do europejskich pucharów. Jeśli pokażę ludziom z Warszawy, że potrafię bronić, będzie to mój mały sukces.


Pamiętam naszą rozmowę przed Twoim transferem. Nastawiałeś się na pierwszą jedenastkę, a czas pokazał, że trochę musiałeś na nią poczekać.

 

- Jeśli spojrzymy na zimową wymianę bramkarzy między Legią, Lechią i Bełchatowem, to wydawało się, że to ja mogę na niej najwięcej skorzystać. Los był na tyle przewrotny, że na swoją szansę musiałem czekać najdłużej, ale wierzę w to, że i najdłużej pozostanę między słupkami. Liczę na to, że trener będzie na mnie stawiał, a ja dam mu argumenty, że warto we mnie wierzyć.

 

Nie miałeś chwili zwiątpienia? Nie wydawało Ci się, że trafiłeś z deszczu pod rynnę?

 

- Gdybym się poddał, to oddałbym sprzęt i powiedział "dziękuję". Wiadomo, były trudne chwile i myślenie: "Co jest grane? Co robię nie tak? Jak to zmienić?". W końcu przetłumaczyłem sobie, że nie mogę zaprzątać tymi myslami głowy. Zdałem sobie sprawę, że muszę ciężko pracować i cierpliwie czekać na swoją szansę. Jak widać - poskutkowało. Trener Brzęczek w końcu się do mnie przekonał i mi zaufał.

Rozmawiałeś już z chłopakami z Legii?

 

- Jeszcze nie. Dopiero w Gdańsku zapytam "Kuchego" [Michał Kucharczyk - red.], jak jego forma na rybkach. My akurat ostatnio trochę łowiliśmy, ale szału nie było, bo pogoda nas nie rozpieczała. Mam nadzieję, że odrobię sobie na boisku.

My wierzymy, że to "Kuchy" złowi jakąś brameczkę.


- A ja wolę złowić piłkę kopniętą przez "Kuchego" (śmiech). Fajnie sobie pożartować przed meczem, ale jak już nadejdzie godzina zero i mecz się rozpocznie, to nie będzie sentymentów. Każdy gra dla swojego klubu, na cel drużyny i swoje nazwisko.