Piłkarze Lechii skompromitowali się w starciu z beniaminkiem PKO Ekstraklasy

Zdarza się, że nie zawsze wygrywa zespół lepszy, że o bramkach decyduje przypadek. Teraz tak nie było. Raków wygrał w pełni zasłużenie. Dopiero po trafieniu Artura Sobiecha wśród gospodarzy zrobiło się nerwowo, ale to była 90. minuta. Zostało zbyt mało czasu, by pokusić się o jakże niezasłużonego gola wyrównującego.

W pierwszej połowie Lechia wyglądała jak zbiór przypadkowych osób, które dziś rano spotkały się po raz pierwszy, a nie pracują ze sobą od kilkunastu miesięcy. Mnóstwo niecelnych podań, nietrafione wybory, złe decyzje, proste straty i dziecinne wręcz błędy. Tak nie gra zdobywca Pucharu i Superpucharu Polski. Tak nie gra brązowy medalista z poprzedniego sezonu. I to jeszcze z Rakowem Częstochowa, który - z całym szacunkiem - nie jest FC Barceloną i nie trzeba się go aż tak obawiać. Tymczasem piłkarze Lechii najwyraźniej tego nie wiedzieli, bo respekt względem rywala był stanowczo zbyt duży.

Nic się nie kleiło, Lechia miała olbrzymi problem z przedostaniem się na połowę Rakowa. A gdy już to się udało, mieliśmy bardzo niskiej jakości akcje biało-zielonych. Co innego gospodarze, którzy rośli z minuty na minutę. Na dobrą sprawę Raków już po 45 minutach powinien prowadzić nie 1:0, ale wyżej. Filip Mladenović i Karol Fila zostali wrzuceni na karuzelę, jak nigdy dotąd. Środek pola nie istniał, Tomasz Makowski szybko złapał żółtą kartkę, by w kolejnych minutach być zupełnie bezbarwnym.

Na nic zdały się zmiany w przerwie. Nie wiedzieć czemu na boisku został tragiczny Flavio Paixao, a zszedł Lukas Haraslin (inna sprawa, że Słowak grał równie słabo). Trener Piotr Stokowiec chciał też wzmocnić środek pola, więc bardziej defensywnego Makowskiego zmienił nieco bardziej ofensywnie usposobiony Maciej Gajos. Nikt ze sztabu Lechii nie przewidział jednak, że zaraz po przerwie to gospodarze strzelą drugiego gola. Przypadkowego gola, ale zawsze. Słaby strzał z rzutu wolnego, piłka odbiła się od Michała Nalepy, co kompletnie zaskoczyło Dusana Kuciaka. Mieliśmy 2:0 dla Rakowa, a sytuacja gdańszczan była dramatyczna. Co najgorsze, z boiska nie było widać żadnej poprawy. Tak jak oglądaliśmy marazm w pierwszej części spotkania, tak trwał on nadal. Wyglądało to jak druga połowa meczu z Jagiellonią Białystok. 

Niby to Lechia miała odrabiać straty, a tymczasem bliżej kolejnego gola byli gospodarze. Strach pomyśleć co by było, gdyby w bramce nie było wspomnianego Kuciaka. To nieprawdopodobne, że to Słowak miał w tym meczu najwięcej pracy. Dodajmy, że w dwóch poprzednich "domowych" spotkaniach Raków dwukrotnie przegrywał i generalnie prezentował się dość mizernie.

Ekipa Stokowca oczywiście starała się coś zrobić, natomiast próby były raczej za gatunku tych żenujących. Albo za lekko, albo niecelnie, albo prosto w bramkarza. To nie miało prawa się udać. Niewiele wniósł też wprowadzony na ostatnie dwadzieścia minut Rafał Wolski. Dalecy jesteśmy od krytykowania trenera, jednak skład na ten mecz, zmiany oraz taktyka okazały się zupełnie nietrafione. Tam nie było pomysłu na grę w ataku, a problemy na dobrą sprawę zaczynały się już w momencie, gdy piłkę przy nodze mieli obrońcy. W efekcie Lechia przegrała z Rakowem, doznając tym samym pierwszej porażki w trwającym sezonie.

Raków Częstochowa - Lechia Gdańsk 2:1 (1:0)
Bramki: Brown Forbes (41.), Sapała (51.) - Sobiech (90. - karny)

Raków: Gliwa - Szymonowicz, Azemović, Petrasek - Apolinarski Ż (90. Bartl), Sapała Ż, Schwarz, Szczepański (80. Skóraś Ż), Musiolik (86. Piątkowski), Kun - Brown Forbes.

Lechia: Kuciak - Fila, Nalepa Ż, Augustyn, Mladenović Ż - Flavio Paixao (72. Wolski Ż), Makowski Ż (46. Gajos Ż), Kubicki, Lipski, Haraslin (46. Peszko) - Sobiech Ż. 

źródło: własne