Uff! Co to było za spotkanie! Po niesamowitym, pełnym zwrotów akcji widowisku Lechia rzutem na taśmę wygrała w derbach Trójmiasta z Arką Gdynia 4:3. Raz prowadzili jedni, raz drudzy, VAR nie uznał jednej z bramek strzelonych przez Lechię. Aż szkoda, że na trybunach nie mogli pojawić się kibice, bo oglądało się to z przyjemnością. Kolejne trzy bramki przeciwko Arce strzelił Flavio Paixao.

Gdyby po pierwszej połowie ktoś powiedział, że zobaczymy w tym meczu sześć goli, to pewnie popatrzylibyśmy na takiego delikwenta jak na wariata. Nie działo się zbyt wiele w pierwszej części gry, nic, absolutnie nic nie wskazywało, że po przerwie zobaczymy taki spektakl. 

To było coś niesamowitego. Zapomnijmy o pierwszej połowie. Po prostu. Zwyczajnie. Skupmy się na drugiej.

Dobre dla Lechii zaczęło się od wejścia na boisko Conrado. Brazylijczyk zmienił gasnącego z minuty na minutę Ze Gomesa i pokazał, że w kolejnych spotkaniach chciałby występować od początku. 

W 83. minucie Marko Vejinović wykorzystał drugi tego dnia rzut karny, dając Arce prowadzenie 3:2. Wydawało się, że Lechia jest na deskach, że to koniec niesamowitej passy w derbach. Ale nie. Nic z tych rzeczy. Biało-zielonych z rytmu nie wybił nawet nieuznany gol Conrado na 3:3 (Brazylijczyk przyjmował piłkę ręką). Po chwili precyzyjnym strzałem głową do wyrównania doprowadził Łukasz Zwoliński. Mieliśmy remis 3:3, natomiast w Lechii ani na moment nie pojawiła się myśl, że remis będzie dobrym wynikiem. Sunął atak za atakiem, rzuty wolne były rozgrywane błyskawicznie. No i w końcu udało się. Na zegarze mieliśmy szóstą minutę doliczonego czasu gry, gdy sędzia Szymon Marciniak podyktował czwarty dziś rzut karny. Do piłki podszedł Flavio Paixao i po raz trzeci pokonał Pavelsa Steinborsa. Gdyby tylko na trybunach byli kibice, mielibyśmy wybuch radości. A tak... cóż, pozostaje cieszyć się w domowym zaciszu. Co najlepsze, Arka mogła jeszcze doprowadzić do remisu w samej końcówce, jednak fantastycznym refleksem popisał się Dusan Kuciak, przerzucając piłkę nad poprzeczką.

Po chwili mieliśmy ostatni gwizdek. Emocje nie z tej ziemi, fantastyczne spotkanie. Że Lechia zagrała źle po strzeleniu gola na 1:0? Zagrała. Powróciły demony przeszłości, bo taki scenariusz już widzieliśmy niejednokrotnie. Że czasami brakowało jakości w defensywie? Trudno. W piłce gra się na gole, a tych mieliśmy w niedzielę w Gdańsku aż siedem. 

Drogę z nieba do piekła przeszedł w tym spotkaniu Łukasz Zwoliński, który najpierw sprokurował rzut karny, by po paru minutach strzelić gola na 3:3, który natchnął Lechię do jeszcze śmielszych i bardziej szaleńczych ataków. Napastnik Lechii w pełni odkupił swoje winy.

A Flavio? Cóż, hat trick, dwa perfekcyjnie wykonane rzuty karne. Że był niewidoczny w pierwszej połowie? Trudno. Dopisał trzy kolejne bramki przeciwko Arce, po raz kolejny stając się jej katem. Ma już ich strzelonych Arce dziesięć.

Lechia Gdańsk - Arka Gdynia 4:3 (0:0)
Bramki: Flavio Paixao (50. - karny, 76., 90.), Zwoliński (87.) - Vejinović (60. - karny, 83. - karny), Kubicki (71. - samobójcza)

Lechia: Kuciak - Fila (72. Zwoliński), Nalepa, Maloca, Pietrzak - Mihalik (76. Saief), Makowski, Kubicki Ż, Lipski Ż, Ze Gomes (65. Conrado Ż) - Flavio Paixao.

Arka: Steinbors - Danch, Marić, Helstrup Ż, Marciniak - Jankowski (75. Mihajlović), Kopczyński, Nalepa Ż, Vejinović (86. Bergqvist), Młyński - Zawada (80. Schirtladze).

 

 

źródło: własne