Piłkarze Lechii bez większych problemów ograli Piast Gliwice i awansowali do półfinału Totolotek Pucharu Polski. Bramki dla biało-zielonych zdobywali Ze Gomes oraz Flavio Paixao. Końcowy wynik (2:1) jest mylący, bo jednak gdańszczanie byli tego wieczora dużo lepszym zespołem.

Mimo wszystko ciężko się to oglądało. Nie dlatego, że drużyny grały słabo, ale dlatego, że słyszeliśmy każdy, nawet najmniejszy okrzyk piłkarzy czy trenerów. Wszystko działo się w atmosferze sparingu. Mecze bez kibiców zdecydowanie tracą na atrakcyjności i dziś mieliśmy tego najlepszy przykład.

Jeśli jednak chodzi o poczynania boiskowe, to nie za bardzo było się do czego przyczepić. To znaczy - jeśli jest się kibicem Lechii, bo jednak Piast - mówiąc delikatnie - nie dojechał na mecz. Wprawdzie gliwiczanie już na samym początku mieli dobrą sytuację (zmarnowaną przez Patryka Tuszyńskiego), to jednak później uaktywnił się gdański walec. Wysoki pressing, szybki odbiór piłki, ale środkiem, prawą, lewą stroną. Było na co popatrzeć. Tak naprawdę brakowało tylko konkretu w postaci strzelonego gola. Co prawda jedna bramka padła, natomiast po interwencji VAR-u została anulowana (Jaroslav Mihalik był na spalonym). 

Biało-zieloni już do przerwy mogli prowadzić różnica przynajmniej dwóch goli. Dwukrotnie kilku centymetrów zabrakło Flavio, by dojść do sytuacji strzeleckiej, raz potężnie z dystansu huknął Michał Nalepa, ale trafił tylko w słupek, a kolejne próby uderzeń z dalszej odległości w wykonaniu kolegów były nieprecyzyjne. Tym niemniej podopieczni Piotra Stokowca dobrze weszli w mecz, byli zespołem lepszym. Wydawało się, że otwierający gol jest tylko kwestią czasu.

Tak się rzeczywiście stało, bo w 57. minucie swojego premierowego gola w barwach Lechii strzelił Ze Gomes. Tym razem trafienie było prawidłowe, a Mihalik wreszcie mógł cieszyć się z asysty. Inna sprawa, że w drugą połowę zdecydowanie lepiej weszli goście, którzy stworzyli sobie przynajmniej dwie świetne okazje. Najlepszą zmarnował Tuszyński, choć bardziej należy tu pochwalić Zlatana Alomerovicia. Do tego momentu nie miał wiele pracy, a w świetnym stylu odbił piłkę na poprzeczkę. Zresztą kilkanaście minut później popisał się równie efektowną interwencją po uderzeniu rezerwowego Remigiusza Borkały. 

Piłka bywa jednak przewrotna. Mogło być 1:1, a tymczasem mieliśmy 2:0. Po chwili indywidualną akcję przeprowadził bowiem Flavio Paixao, strzelił lewą nogą z szesnastu metrów i podwyższył prowadzenie biało-zielonych. To dało Lechii dużo komfortu, choć trzeba przyznać, że później generalnie nie działo się za wiele. Spotkanie mocno się uspokoiło. Piast może i starał się odrabiać straty, ale zdecydowanie nie miał tego wieczora argumentów. Gliwiczan stać było tylko na gola kontaktowego, jakże przypadkowego i szczęśliwego. Po tym trafieniu w poczynania Lechii wkradło się mnóstwo chaosu, ale na szczęście udało się dowieźć korzystny wynik do końcowego gwizdka. Zupełnie niepotrzebnie gdańszczanie doprowadzili jednak do tak nerwowej końcówki.

Co jest najważniejsze? Awans - wiadomo. Natomiast uniknięcie dogrywki w perspektywie zbliżających się derbów Trójmiasta również należy traktować jako sukces.

Lechia Gdańsk - Piast Gliwice 2:1 (0:0)
Bramki: Ze Gomes (57.), Flavio Paixao (64.) - Vida (83.)

Lechia: Alomerović - Fila, Nalepa, Maloca, Mladenović - Mihalik (70. Conrado), Tobers, Makowski, Lipski (90. Zwoliński), Ze Gomes (73. Gajos Ż) - Flavio Paixao.

Piast: Szmatuła - Rymaniak Ż, Czerwiński, Huk, Kirkeskov - Mokwa, Jodłowiec, Sokołowski (66. Hateley), Tiago Alves (73. Vida), Klupś (59. Borkała) - Tuszyński.

 

źródło: własne