Ostry trening strzelecki urządzili sobie piłkarze Lechii we wtorkowym sparingu z Olimpią Grudziądz. Gdańszczanie wygrali aż 9:1, a nie zabrakło pięknych akcji i efektownych bramek. Wynik, choć i tak robi wrażenie, mógł być zdecydowanie wyższy.

To była totalna demolka. Pokaz siły. Lechia zwyczajnie zabawiła się z drugoligowcem.

I chociaż wynik brzmi 9:1, to spokojnie mógł być wyższy. W samej pierwszej połowie rzutu karnego nie wykorzystał Łukasz Zwoliński (strzelił nad poprzeczką), ten sam zawodnik strzelił prosto w bramkarza w sytuacji sam na sam. Mimo to i tak zakończył zawody z dubletem. Udział przy tych trafieniach miał Joseph Ceesay. Najpierw wywalczył rzut karny, a następnie popisał się ładną akcją, minął bramkarza, ale zamiast strzelać zdecydował się odegrać piłkę koledze.

Olimpia w zasadzie nie zagrażała bramce. W pierwszej połowie były dwa, może trzy ofensywne wypady, natomiast stojący między słupkami Zlatan Alomerović nawet się nie spocił. Raz musiał wyjść do dośrodkowania, raz się rzucił (strzał i tak był niecelny), ale to wszystko. Czy więcej pracy miał po przerwie Dusan Kuciak? Niekoniecznie. Wprawdzie chwilę po wznowieniu gry Słowak musiał wyciągać piłkę z siatki, ale poza tym nie miał kompletnie nic do roboty. Szanujemy obu bramkarzy, bo mieli niezwykle trudne warunki. Stać przez 45 minut i praktycznie nic nie robić w takim mrozie? Postawa godna uwagi.

Najładniejszy gol? Trudny wybór, ale chyba zdecydujemy się na uderzenie Jana Biegańskiego. Dwadzieścia pięć metrów, lewa noga, piłka wylądowała w samym okienku. Jeśli wchodzisz do zespołu w taki sposób, to musisz być dobrym piłkarzem. Co ciekawe Jakub Kałuziński najwyraźniej pozazdrościł swojemu rywalowi (jakby nie patrzeć) na pozycji młodzieżowca i w drugiej połowie również huknął z dalszej odległości. Strzelił zaskakująco, również dla bramkarza, który stał jak wryty i patrzył jak futbolówka wpada do siatki.

Generalnie w drugiej połowie mieliśmy już nawałnicę, a przez ostatnie pół godziny Olimpia została wrzucona na taką karuzelę, że trudno jej się będzie odkręcić do startu rundy wiosennej. Gdańscy piłkarze mieli olbrzymią ochotę do gry. Były akcje środkiem, jak i bokami boiska. Była gra na jeden kontakt, były zagrania piętką. I co najważniejsze - to wychodziło. Między 74., a 77. minutą biało-zieloni strzelili rywalowi... trzy gole. Najpierw wspomniany Kałuziński, potem z fatalnego błędu bramkarza skorzystał Omran Haydary, a kilkadziesiąt sekund później Lechia ruszyła z kontratakiem po prostej stracie Olimpii na własnej połowie i dzieła zniszczenia dokończył Maciej Gajos.

Na tym jednak koniec strzelania. Dwucyfrówki nie było, choć sytuacje się zdarzały. Bawił się Conrado, a w jednej z ostatnich akcji do siatki trafił Jakub Arak, natomiast sędzia boczny podniósł chorągiewkę, dopatrując się spalonego.

Zdajemy sobie sprawę, że wszystko to na tle drugoligowej Olimpii Grudziądz, ale mimo wszystko nie zawsze się zdarza taki popis strzelecki.

Lechia Gdańsk - Olimpia Grudziądz 9:1 (4:0)
Bramki: Zwoliński (17. - karny, 25.), Egy MV (29.), Biegański (38.), Conrado (61.), Fila (69.), Kałuziński (74.), Haydary (76.), Gajos (77.) - Leszczyński (47.)

Lechia: Alomerović (46. Kuciak) - Musolitin (58. Fila), Kopacz (58. Nalepa), Koperski (58. Tobers), Żukowski (58. Pietrzak) - Mihalik (58. Haydary), Makowski (58. Kubicki), Biegański (58. Kałuziński), Egy MV (58. Gajos), Ceesay (29. Saief, 58. Conrado) - Zwoliński (58. Arak).

źródło: własne