Po bardzo słabym występie piłkarze Lechii przegrali z Legią Warszawa 0:2. Biało-zieloni nie mieli nic do powiedzenia, a ich ofensywie wypady można policzyć na palcach jednej ręki. W dodatku można je zaliczyć do tych desperackich.

Trener Piotr Stokowiec mówił przed meczem, że mają plan na Legię. Nie chce nam się wierzyć, że polegał on na rozpaczliwej obronie i liczeniem na jakiś cud, czyli udane wyjście z kontratakiem. A tak to niestety wyglądało. Szczytem możliwości było wymienienie kilku podań. O ile w pobliżu nie było żadnego z rywali, sztuka ta się udawała (choć nie zawsze), o tyle na połowie Legii, gdzie z oczywistych względów pressing był bardziej agresywny, tak łatwo już nie było.

To nie tak, że ganimy tylko gospodarzy, bo mecz generalnie stał na bardzo niskim poziomie. Straty, niecelne podania. Z obu stron. Ciekawszym zajęciem niż oglądanie pierwszych 45 minut było wyjście do toalety w przerwie. Ok, Legia miała optyczną przewagę, ale niewiele z niej wynikało. To było posiadanie piłki dla samego posiadania. Klarownych sytuacji brakowało, a Dusan Kuciak nawet się nie spocił. Co prawda w końcówce pierwszej połowy Legia dwukrotnie była bliska objęcia prowadzenia, ale najpierw nieznacznie obok słupka uderzał Paweł Wszołek, a kilkadziesiąt sekund później w poprzeczkę trafił Jose Kante.

Czy po przerwie obraz gry się zmienił? Jeśli już, to na gorsze. Lechia wciąż była nieobecna na boisku, w dodatku zaczęła pomagać Legii. W 57. minucie goście objęli prowadzenie za sprawą Pawła Wszołka, ale wszystko zaczęło się od haniebnej straty Rafała Pietrzaka. I tak długo wytrzymali gdańszczanie bez strat, bo chwilę wcześniej tylko kapitalna interwencja Kuciaka po strzale Kante sprawiła, że nie mieliśmy otwarcia wyniku. Po strzelonym golu Legia jeszcze mocniej przycisnęła. Wydawało się, że kolejny gol jest tylko kwestią czasu, natomiast Kante tylko w sobie znany sposób trafił w słupek, a nie do siatki.

W odpowiedzi mieliśmy świetne uderzenie Filipa Mladenovicia (prawą nogą!), po którym jednak piłka jedynie odbiła się od poprzeczki. Był to pierwszy konkret ze strony biało-zielonych, a dodajmy, że na zegarze była wówczas 70. minuta. Choć z drugiej strony, czy można taki strzał określić jako "konkret"? Raczej desperacka próba. Taką grą nie przyciągnie się ludzi na stadiony. Naszej oceny nie zmieni zryw gdańszczan w końcówce. To był ich obowiązek. Z przykrych rzeczy - w doliczonym czasie gry za próbę wymuszenia rzutu karnego żółtą kartkę zobaczył Mladenović, co oznacza, że Serb nie zagra w dwóch najbliższych ligowych spotkaniach (w tym derbach Trójmiasta).

Dodajmy, że w ostatniej akcji Legia podwyższyła prowadzenie.

Lechia Gdańsk - Legia Warszawa 0:2 (0:0)
Bramki: Wszołek (57.), Cholewiak (90.)

Lechia: Kuciak - Fila (76. Ze Gomes), Kobryń, Maloca, Mladenović Ż - Haydary Ż, Tobers, Kubicki (58. Makowski), Gajos, Pietrzak (63. Saief) - Flavio Paixao.

Legia: Majecki - Vesović Ż, Wieteska, Jędrzejczyk Ż, Karbownik - Wszołek Ż, Antolić, Gwilia, Luquinhas (89. Cholewiak), Novikovas (71. Slisz) - Kante (80. Pekhart).

źródło: własne