Niesamowite sceny działy się na stadionie we Wrocławiu. Lechia prowadziła ze Śląskiem już 2:0, ale dała sobie wbić dwie bramki (w tym tą decydującą w ostatnich minutach) i ostatecznie spotkanie zakończyło się remisem.

Do 71. minuty wydawało się, że Lechia odniesie we Wrocławiu komfortowe i spokojne zwycięstwo. Prowadziła 2:0, kontrolowała przebieg wydarzeń na boisku, nie pozwalając gospodarzom praktycznie na nic. Niestety, wówczas Tomasz Makowski przypadkowo sfaulował Michała Chrapka w polu karnym. Dość miękki był to faul, ale arbiter Tomasz Musiał po wideoweryfikacji wskazał na jedenasty metr. W tym momencie spotkanie się diametralnie zmieniło. Biało-zieloni rozpoczęli tzw. obronę Częstochowy, z minuty na minutę coraz bardziej opadali z sił, aż wreszcie w ostatnich sekundach po zamieszaniu w polu karnym miejscowi doprowadzili do wyrównania. Inna sprawa, że po raz kolejny mieliśmy do czynienia z VAR-em.

Inna sprawa, że gdy jechaliśmy na ten mecz tramwajem linii 31, zdecydowana większość kibiców Śląska przewidywała wysokie zwycięstwo WKS-u. Z jednej strony padło 3:0, z drugiej 4:1. Generalnie wszyscy byli przekonani, że gospodarze wygrają łatwo, lekko i przyjemnie. Tymczasem po sześciu minutach miejscowi przecierali oczy ze zdziwienia, bo oto zdziesiątkowana Lechia wyszła na prowadzenie. Nie będziemy czepiać się Conrado, że chciał strzelać, a przypadkowo wyszła idealna asysta do Flavio Paixao. Podjął decyzję, wyszło jak wyszło. Udało się.

Lechia od początku narzuciła wysokie tempo. Czy Śląsk ich zlekceważył? Być może, natomiast miło było popatrzeć na taki zespół biało-zielonych. Oczywiście, było trochę szczęścia w defensywie, bo jednak wrocławianie mieli swoje szanse. Przeważali praktycznie w każdej statystyce. No, poza tą najważniejszą, czyli strzelonymi bramkami.

Czytając na bieżąco komentarze naszych kibiców w przerwie meczu, wielu z was zastanawiało się czy Lechia wytrzyma wysokie tempo, czy jednak w pewnym momencie zmęczenie da o sobie znać. No więc jeśli ktoś miał wątpliwości, to w pierwszej akcji drugiej połowy po wzorowo przeprowadzonym kontrataku po raz drugi do siatki trafił Flavio. Jak mówił przed spotkaniem, tak zrobił - cieszył się z gola, zarówno tego w pierwszej, jak i drugiej połowie.

Skazywana na pożarcie Lechia grała we Wrocławiu wręcz znakomicie. Pewnie z tyłu, skutecznie w ofensywie. Gdańszczanie byli dobrze poukładani na boisku, Śląsk nie miał miejsca, by przeprowadzić jakąś składną akcję, a ich próby w drugiej połowie można określić jako desperackie. Niestety, wszystko posypało się w feralnej 71. minucie. Szkoda, bo zwycięstwo było naprawdę blisko, jednak Lechii w tym meczu ewidentnie zabrakło ławki rezerwowych.

Przed meczem pewnie remis bralibyśmy w ciemno, a tak pozostaje ogromny niedosyt.

Śląsk Wrocław - Lechia Gdańsk 2:2 (0:1)
Bramki: Mączyński (71. - karny), Chrapek (90.) - Flavio Paixao (6., 46.)

Śląsk: Putnocky - Musonda Ż (84. Bergier), Puerto Ż, Żivulić, Stiglec - Pich (71. Gąska), Łabojko, Mączyński, Chrapek, Płacheta - Exposito (58. Rajcević).

Lechia: Kuciak - Kobryń Ż, Nalepa, Maloca, Mladenović - Mihalik (87. Żuk), Makowski Ż, Tobers, Gajos Ż, Conrado - Flavio Paixao. 

źródło: własne