Biało-zieloni przegrali na wyjeździe z Górnikiem Zabrze 0:3. Goście zagrali bardzo słabo, wynik jest zasłużony, natomiast nie sposób przejść obojętnie obok zachowania sędziego Daniela Stefańskiego. Kto wie, jakby wyglądało to spotkanie, gdyby w 7. minucie z boiska wyleciał Michał Koj. Trudno o bardziej oczywistą sytuację na czerwoną kartkę. Niestety nie dla pana arbitra, który po półtora roku kolejny raz okradł Lechię. A nie był to jego jedyny popis. Wraz z Mario Malocą należał do najgorszych na murawie.

Postawmy sprawę jasno - Lechia ten mecz przegrała, bo była słabsza od Górnika.

Fakty są jednak takie, że od 7. minuty gdańszczanie powinni grać z przewagą jednego zawodnika. Michał Koj sprowadził do parteru wychodzącego na czystą pozycję Flavio Paixao, natomiast Daniel Stefański ani myślał od odgwizdaniu faulu. Co prawda sytuacja działa się na środku boiska, ale przecież gdyby nie interwencja obrońcy, Flavio miałby ogromne szanse, żeby za moment być sam na sam z bramkarzem Górnika. Jest to przewinienie i czerwona kartka, ale ani sędzia Stefański, ani tym bardziej panowie zasiadający na wozie VAR (podkreślmy, że byli to Tomasz Kwiatkowski i Tomasz Listkiewicz) nie zdecydowali się podjąć prawidłowej decyzji. Czy jesteśmy zaskoczeni? No jakoś nie szczególnie. Sędzia Stefański okradł Lechię z punktów w meczu z Legią półtora roku temu, potem nie sędziował spotkań z udziałem biało-zielonych, ale gdy tylko dostał kolejną okazję, nie omieszkał skrzywdzić ekipy Piotra Stokowca po raz kolejny.

Takie coś potrafi wybić z rytmu. Zwłaszcza, że każdy obok wie, że został popełniony kardynalny błąd.

W 35. minucie Górnik objął prowadzenie po pewnym strzale Jesusa Jimeneza z rzutu karnego. Na tym powinniśmy zakończyć to zdanie, ale po prostu się nie da. "Jedenastkę" sprokurował Rafał Pietrzak. Ale czy na pewno? Było zagranie ręką, to fakt. Należy zadać sobie jednak pytanie czy: 1) Pietrzak nie był pchnięty przez rywala; 2) to zagranie kwalifikowało się do przewinienia (chodzi o małą odległość od przeciwnika oraz naturalne ułożenie ciała). Mamy do czynienia z kontrowersją. Nie była to sytuacja tak oczywista, jak z faulem na Flavio, ale też nie jesteśmy przekonani czy została podjęta słuszna decyzja.

No dobrze, ale mimo wszystko w tym spotkaniu były też elementy piłkarskie. Najpierw dodajmy, że Górnik mógł do przerwy prowadzić nawet 2:0, ale tuż przed końcem pierwszej połowy fatalne pudło zaliczył Alex Sobczyk. Gdańszczanie mogli mówić o sporym szczęściu. Lechia też miała swoje okazje - dwukrotnie szczęścia próbował Flavio, a w 45. minucie Conrado, jednak każda z tych prób była nieudana.

Jak to się jednak mówi... co się odwlecze, to nie uciecze. W 60. minucie Górnik podwyższył prowadzenie, a do siatki trafił Bartosz Nowak, którym od dłuższego czasu bardzo interesowała się Lechia. On jednak wybrał ofertę Górnika. I przy pierwszej możliwej okazji skarcił biało-zielonych. Inna sprawa, że chyba nikt nie powiedział o tym piłkarzom Lechii, bo asystę zanotował... Maciej Gajos, wykładając piłkę swojemu rywalowi jak na tacy. Zastanawiające było też zachowanie Mario Malocy, który wykonał przedziwny wślizg, mimo iż Nowak wcale nie zrobił jakiegoś dynamicznego zwodu w stylu Cristiano Ronaldo w swoim prime. Nowak nie zrobił nic. Po prostu prowadził piłkę blisko nogi. To była kompromitacja defensywy. Chociaż nie - to była kompromitacja dwóch piłkarzy w szarych strojach.

Już pomijamy fakt, że dosłownie chwilę wcześniej z boiska powinien wylecieć Roman Prochazka, który wyprostowaną nogą w okolice piszczela zaatakował wspomnianego już Gajosa. Cóż, widocznie tak teraz można. 

Rozbita Lechia nie miała zbyt wielu argumentów, żeby jakoś odpowiedzieć. Jedyna godna odnotowania sytuacja z drugiej połowy miała miejsce chwilę po golu na 2:0. Akcję przeprowadzili dwaj rezerwowi. Karol Fila podawał do niepilnowanego Łukasza Zwolińskiego, ale ten nie zdołał pokonać bramkarza gospodarzy. Ci natomiast non stop parli do przodu, co zaowocowało trzecim trafieniem, jakże pięknym, w wykonaniu Daniela Ściślaka. Nie chcemy się dłużej pastwić nad Malocą, ale jego postawa w tej sytuacji również przypominała jakąś komedię, a nie grę w piłkę nożną.

Druga porażka z rzędu Lechii stała się faktem. Oczywiście spora w tym zasługa sędziego Stefańskiego, ale biało-zieloni znów zagrali słabo. Szczególnie w defensywie. Gdyby Górnik był nieco skuteczniejszy w końcówce, to wynik byłby jeszcze wyższy.

Górnik Zabrze - Lechia Gdańsk 3:0 (1:0)
Bramki: Jimenez (35. - karny), Nowak (60.), Ściślak (81.)

Górnik: Chudy - Massouras, Wiśniewski, Koj Ż, Gryszkiewicz, Janża - Prochazka Ż (71. Kubica), Manneh, Nowak (71. Ściślak) - Sobczyk (56. Krawczyk), Jimenez.

Lechia: Kuciak - Kobryń (46. Fila), Kopacz, Maloca, Pietrzak - Haydary (81. Egy MV), Kubicki, Gajos, Saief (59. Mihalik), Conrado (46. Sopoćko Ż) - Flavio Paixao (59. Zwoliński).

źródło: własne