Mimo ambitnej i w wielu fragmentach ofiarnej postawy piłkarze Lechii ostatecznie przegrali na wyjeździe z Lechem Poznań 0:2. Plany biało-zielonym mocno pokrzyżował Karol Fila, który już na początku drugiej połowy wyleciał z boiska za idiotyczny faul.

W obozie Lechii przekonywali przed meczem, że do Poznania nie jadą się bronić, ale walczyć o pełną pulę. Oglądając jednak poczynania biało-zielonych w pierwszej połowie można było mieć wątpliwości czy rzeczywiście taki był plan. W każdym elemencie piłkarskiego rzemiosła lepszy był zespół Lecha. Posiadanie piłki, stwarzane sytuacje, strzały, wrażenia artystyczne - wszystko było na korzyść gospodarzy. Wszystko, poza najważniejszym, czyli bramkami. Do przerwy mieliśmy bezbramkowy remis, choć główna w tym zasługa Dusana Kuciaka, który bronił wręcz fantastycznie. Uderzenia z bliskiej odległości? Bułka z masłem. Kąśliwe strzały zza pola karnego? Żaden problem. Pewność siebie na przedpolu? Nic prostszego. Gdyby nie Słowak, poznaniacy z pewnością już w pierwszej połowie strzeliliby przynajmniej jednego gola, bo jednak zawodnicy z pola ubrani w biało-zielone koszulki popełniali tego wieczora sporo błędów. Z kolei na palcach jednej ręki można było policzyć ofensywne wypady ekipy Piotra Stokowca. Ten element praktycznie nie istniał.

Lechii ciężko grało się w Poznaniu po jedenastu, więc w drugiej połowie Karol Fila postanowił sprawdzić jak jego zespół będzie prezentował się bez niego. Idiotyczna żółta kartka (druga, więc w konsekwencji czerwona), po której boczny obrońca biało-zielonych mógł udać się pod prysznic. Trudno powiedzieć o czym Karol myślał w tej sytuacji. Nie musiał faulować, dało się to rozwiązać w inny sposób.

Z minuty na minutę - co zrozumiałe - rósł napór gospodarzy. Środkowi obrońcy Lechii pobili w tym meczu jakiś rekord ligi pod względem zablokowanych strzałów. Lech miał olbrzymią przewagę, natomiast czasami gdańszczanom udawało się wyjść z kontratakiem. I to nawet mimo gry w osłabieniu. Szczęścia próbował Flavio Paixao (brakowało naprawdę niewiele), było jeszcze parę sytuacji, w których brakowało jakiegoś konkretu pod koniec. 

Niestety, tym razem nie udało się utrzymać korzystnego (z perspektywy meczu) wyniku. W 83. minucie Jakub Moder oddał niezły strzał z dystansu, ale trafił w słupek. Piłka jednak tak nieszczęśliwie odbiła się od interweniującego Kuciaka, że wpadła do siatki. Słowak grał w tym spotkaniu wybornie, długo utrzymywał swój zespół przy życiu, ale na koniec okazało się, że był największym pechowcem. W doliczonym czasie gry Lech dorzucił drugiego gola, pieczętując zwycięstwo. Inna sprawa, że chwilę wcześniej bramkę powinien strzelić Patryk Lipski, ale w tylko sobie znany sposób spudłował z pięciu metrów. Lechia powinna wywieźć z Poznania jeden punkt nawet mimo okoliczności.

Lech Poznań - Lechia Gdańsk 2:0 (0:0)
Bramki: Kuciak (81. - samobójcza), Marchwiński (89.)

Lech: van der Hart - Kamiński, Šatka, Rogne Ż, Kostewycz - Jóźwiak (86. Letniowski), Muhar (59. Marchwiński Ż), Tiba, Dani Ramirez, Puchacz (64. Moder) - Gytkjær.

Lechia: Kuciak - Fila Ż Ż CZ, Nalepa, Maloca Ż, Mladenović - Mihalik (58. Zwoliński Ż), Tobers, Makowski, Gajos (75. Saief), Conrado (59. Lipski) - Flavio Paixao. 

źródło: własne