Nie wiemy czy dziś było Boże Narodzenie (chyba nie), czy był dziś Dzień Dziecka? Raczej też nie. Tym niemniej piłkarze Lechii postanowili podarować Cracovii prezent w postaci okazałego zwycięstwa i kolejnych trzech punktów. Przyjezdni wygrali 3:0, a biało-zieloni ani przez moment nie sprawiali wrażenia, że zależy im na wygranej. To był zwyczajny dramat. Tym samym Lechia praktycznie wypisała się z walki o wicemistrzostwo Polski.

Biało-zieloni długo wchodzili w ten mecz i - jeśli mamy być szczerzy - to w ogóle w niego nie weszli. Pierwsza połowa, można powiedzieć, odbyła się. I w zasadzie nic poza tym. Najgroźniejsze sytuacje były po uderzeniach piłki przez Rafała Pietrzaka. Dwukrotnie zabrakło niewiele, natomiast nie były to tzw. "setki". Wyglądało to podobnie, jak tydzień wcześniej w Białymstoku. Z tą różnicą, że tym razem udało się nie stracić gola do przerwy. Na tym pozytywy jednak się kończyły.

Po zmianie stron gdańszczanie ruszyli, ale poniekąd zostali do tego zmuszeni, bo od 48. minuty na prowadzeniu byli goście. Sporą winę ponosi w tej sytuacji Dusan Kuciak, który w prosty sposób stracił piłkę. Był nieatakowany, mógł zrobić wszystko, a zagrał na aut. Cracovia szybko wznowiła grę, a po lekkim zamieszaniu w "szesnastce" futbolówka wpadła do siatki za sprawą Rafaela Lopesa. 

Jak odpowiedziała Lechia? Dwoma zmianami w 55. minucie. Po raz pierwszy po pandemii zagrał Omran Haydary i trzeba przyznać, że wniósł trochę ożywienia, ale nie na tyle, by odmienić losy meczu. Nie pomogło też wejście Łukasza Zwolińskeigo i Flavio Paixao. Byli osamotnieni z przodu. Nawet trudno mieć do nich pretensje. Jeśli nie istnieje środek pola i skrzydła, to nawet gdyby na środku ataku biegał Cristiano Ronaldo w swoim prime, wynik raczej nie uległby zmianie.

Z minuty na minutę biało-zieloni grali gorzej. Od początku było fatalnie, więc możecie sobie wyobrazić jak to musiało wyglądać przy prowadzeniu gości różnicą dwóch bramek. Dwóch, bo na dwadzieścia minut przed końcem po stracie Lechii w środkowej strefie przyjezdni kolejny raz cieszyli się ze zdobycia gola. Tak jak Piast leży Lechii w tym sezonie (pięć meczów, pięć zwycięstw), tak Cracovia jest rywalem, z którym biało-zieloni chcieli by grać jak najrzadziej (trzy mecze, trzy porażki).

Na osobny akapit zasługuje Patryk Lipski. Zawodnik, wydawać by się mogło, ofensywny. Mózg drużyny, reżyser. Ktoś, od kogo dużo w zespole zależy. Niestety w jego przypadku żadne z tych określeń nie pasuje. Jest to piłkarz bez wyrazu, podejmujący same złe decyzje, zwalniający akcje. Bramki w lidze w tym sezonie? Zero. Asysty? Nie żartujmy, oczywiście też zero. W meczu z Cracovią Lipski zagrał od 1. minuty i nie dał zespołowi absolutnie nic. Teoretycznie można go pochwalić za jeden nieźle wykonany rzut rożny, ale jest to szukanie mocno na siłę. Bezbarwny występ. Czy jesteśmy zaskoczeni? Niestety nie. Byliśmy za to zaskoczeni, że w przerwie trener Piotr Stokowiec nie zdecydował się na przeprowadzenie zmiany. A przecież aż się o to prosiło. Tymczasem Lipski rozegrał cały mecz! Jest to niezrozumiałe, trudne do wytłumaczenia.

Po prostu ręce opadają. Porażka z Cracovią (ostatecznie było 0:3, bo był jeszcze jakiś rzut karny w samej końcówce) sprawia, że Lechia w zasadzie wypisała się z walki o mistrzostwo Polski. Biorąc pod uwagę, że ekipa Stokowca zagra jeszcze w tym sezonie z Lechem Poznań, Legią Warszawa i Śląskiem Wrocław, może się okazać, że gdańszczan zabraknie nawet w pierwszej czwórce.

Lechia Gdańsk - Cracovia 0:3 (0:0)
Bramki: Rafael Lopes (48.), Sipľak (70.), Hanca (90.)

Lechia: Kuciak - Fila Ż, Nalepa, Maloca, Pietrzak - Mihalik (68. Flavio Paixao), Tobers, Kubicki, Lipski, Conrado (55. Haydary) - Ze Gomes (55. Zwoliński).

Cracovia: Hrosso - Râpă, Helik Ż, Jablonský, Sipľak Ż (74. Wdowiak) - Hanca, Lusiusz (46. Pestka), Loshaj, van Amersfoort, Fiolić (87. Dimun) - Rafael Lopes. 

 

 

źródło: własne