Lechia Gdańsk wypożyczyła na rundę rewanżową z Tereka Grozny Macieja Makuszewskiego.

Do końca czerwca gdańskiemu klubowi przysługuje prawo pierwokupu niespełna 25-letniego bocznego pomocnika. - Na razie jestem wypożyczony z Tereka Grozny na pół roku, ale w umowie Lechia zagwarantowała sobie prawo pierwokupu – mówi 25-letni Makuszewski. Polecamy waszej uwadze obszerny wywiad przeprowadzony przez dziennikarzy serwisu eurosport.onet.pl

To w ogóle realne? Terek zapłacił za pana Jagiellonii Białystok milion euro. Będzie chciał odzyskać choć część tej kwoty.

- Zdaję sobie z tego sprawę, że Lechia nie zapłaci za mnie tyle, ile Terek, natomiast wiem, że została już ustalona ewentualna kwota odstępnego i nie jest ona wcale tak wysoka.

Jedyna oferta dla pana pochodziła właśnie z Gdańska?

- Nie, było ich więcej, ta najbardziej jednak mnie przekonywała. Wiem, że również Jagiellonia była zainteresowana moim powrotem, ale tu z kolei działacze Tereka chyba nie bardzo chcieli współpracować, bo prezes Cezary Kulesza, gdy zwrócił się do nich z zapytaniem, usłyszał cenę zaporową. Tak chyba na odczepnego. Mimo że Terek znał możliwości Jagi, rzucił kwotę coś koło miliona euro. Klub z Czeczenii wcale nie chciał się mnie za wszelką cenę pozbywać i transferowych zapytań nie traktował do końca poważnie. To raczej ja w pewnym momencie zacząłem mocno nalegać na transfer bądź wypożyczenie i z Lechią wreszcie się udało.

Co pana skusiło? Nowy projekt i nowi właściciele Lechii, bo przecież nie pieniądze?

- To ostatnie na pewno nie, bo gdybym nie był ambitnym człowiekiem, zostałbym w Groznym i zarabiał kilka razy więcej niż w Gdańsku. Postawiłem jednak na futbol. Za młody jestem na zbijanie kasy i przyglądanie się piłce z boku, a tak od pewnego czasu było w lidze rosyjskiej. Bardzo chciałem znów zagrać w polskiej ekstraklasie. Szukałem też klubu, w którym będę miał poważne szanse na grę. Nie znaczy to, że lekceważę konkurencję w Lechii, tym bardziej że ten klub będzie wciąż wzmacniał kadrę, po prostu czuję, że mogę tutaj znaleźć swoje miejsce. Perspektywy są fajne, jest przecież obiecująca pozycja w lidze, Lechia wciąż walczy o Puchar Polski, ma kibiców i cudowny obiekt, czyli coś, o co w Rosji trudno…

A jak to jest z Michałem Probierzem? Mówił pan niedawno, że wasza współpraca w Białymstoku układała się dobrze, tymczasem po wyjeździe do Tereka narzekał pan na niego.

- W mediach różnie o naszych relacjach pisano. Prawda jest taka, że gdyby między nami były jakieś niedomówienia, to czy teraz trener ściągałby mnie do Lechii? Kiedy Michał Probierz pracował w Białymstoku, ja dopiero wchodziłem do zespołu. Trener dużo oczekiwał, ja zaś chciałem koniecznie więcej grać. Tomek Kupisz dostawał więcej szans, ja rzadziej pojawiałem się na boisku. Kręciłem więc nosem, byłem rozżalony, rozpierała mnie ambicja. Wydawało mi się, że wypadam nieźle, tymczasem często schodziłem na zmianę jako pierwszy. Ale niewątpliwie trener Probierz potrafi pracować indywidualnie z piłkarzami, a po okresie spędzonym w Białymstoku i po transferze do Tereka wydaje mi się, że dojrzałem zarówno piłkarsko, jak i mentalnie. Mówiąc krótko – nie układało nam się może jakoś super, ale na pewno poprawnie. Jak to w pracy. Z szacunkiem, a relacja przełożony – podwładny była zachowana.

To prawda, że to pan polecił Lechii Zaura Sadajewa?

- W pewnym sensie. Bodaj rok temu mój menedżer pytał mnie, czy w Tereku nie ma wartościowych piłkarzy, którzy nie mogą liczyć na regularną grę, i wówczas wskazałem mu Sadajewa. Teraz zaś temat wrócił i kluby doszły do porozumienia. Czekamy jeszcze, aż Zaur załatwi wszelkie formalności wizowe i będzie mógł dołączyć na obóz Lechii w Turcji.

Dlaczego przez półtora roku nie potrafił pan przebić się w Tereku?

- Po pierwszych tygodniach potrzebnych na aklimatyzację w nowym miejscu zacząłem grać. Stawiał na mnie trener Stanisław Czerczesow i wystąpiłem w bodaj siedmiu kolejnych meczach, a w moim odczuciu dawałem coś drużynie. Tyle że Czerczesow odszedł z klubu, a jego następca miał inną koncepcję. Latem, na przełomie sierpnia i września, Terek sprowadził kilku piłkarzy, wydał na nich grube miliony euro. Dla mnie runda się praktycznie zakończyła. Ostatni raz zagrałem 24 sierpnia. Często nie miałem miejsca nawet w kadrze meczowej, nic więc dziwnego, że czuję spory głód piłki.

Jest pan lepszym piłkarzem niż przed wyjazdem do Czeczenii?

- Mimo że praktycznie ostatnio nie grałem, to jednak lepszym. Nie dokonałem skoku, ale jakiś krok do przodu jednak poczyniłem. Doświadczenie – raz. Możliwość gry bądź nawet samych treningów z lepszymi zawodnikami – dwa. Rywalizacja z prawdziwymi gwiazdami ligi rosyjskiej – trzy. Hulk, Vagner Love, Samuel Eto’o – to są przecież giganci. Niedawno widziałem, jak Eto’o wbił trzy gole Manchesterowi, i przypomniałem sobie swój występ przeciwko Kameruńczykowi, kiedy jeszcze był zawodnikiem Anży. Dwa wślizgi, dwa odbiory piłki – niby nie dużo, ale cieszy.

Jak daleko Lechii pod względem sportowym do Tereka?

- Trudne porównanie. Rozmawiałem z klubowym analitykiem w Groznym i dowiedziałem się, że budżet Tereka jest bodaj dziewiąty w lidze rosyjskiej. To spore pieniądze. Nie wydają fortun na piłkarzy, ale transfery za 3 miliony euro to już normalność. Nie czekają na to, co wyprodukuje ich akademia, kupują gotowców. Biorą piłkarzy ukształtowanych, więc poziom indywidualnych umiejętności poszczególnych graczy Tereka jest na pewno wyższy niż Lechii, która siłą rzeczy musi stawiać na młodych zawodników. Utalentowanych, ale poziomem jeszcze niedorównujących tym z ligi rosyjskiej.

Wiąże pan w ogóle przyszłość z Rosją, ze Wschodem? Może to jednak był zły wybór…

- Niczego nie wykluczam, bo przyzwyczaiłem się do tamtejszych realiów. Teraz jednak bardzo jestem podekscytowany powrotem do Polski i cieszę się na myśl o grze w Lechii. A co będzie dalej, pokaże wiosna.

Tak łatwo przyzwyczaić się do życia w Groznym?

- Może nie łatwo, ale można. Z tym że ważna uwaga – Grozny się zmienia. Ludzie kojarzą miasto z wojną i ruinami, tymczasem ono się odbudowuje w szybkim tempie. W niektórych rejonach widać wręcz przepych. Powstają 35-piętrowe wieżowce, my sami przed meczami u siebie mieszkaliśmy dwa dni w pięciogwiazdkowym hotelu, a w korytarzu czy restauracji spotykaliśmy Gerarda Depardieu i Elizabeth Hurley, kręcących akurat film w Czeczenii. Tyle że to wszystko w Groznym, tymczasem na co dzień byliśmy zgrupowani w naszej bazie, czyli w Kisłowodzku…

No i?

- No i to już zupełnie inna bajka. Miasteczko otoczone górami. Niby człowiek skupia się na treningu i futbolu, ale czasem przecież wychodzi między ludzi. A ci są tam… specyficzni i – powiedziałbym – nieprzewidywalni. Nie chcę być źle zrozumiany, wszędzie można spotkać różnych ludzi, ale… Zdarzały się dziwne sytuacje. Kiedy przyjeżdżała do mnie dziewczyna, bałem się ją sam zostawić. Raczej na miasto sama nie wychodziła. Kiedyś razem z czarnoskórym kolegą z drużyny poszliśmy do sklepu spożywczego. Normalny dzień, miejsce publiczne. Tymczasem kolega został zaatakowany nożem. Byłem obok i po prostu przeżyłem szok. Owszem, wszędzie zdarzają się niebezpieczne sytuacje, nie tylko w Kisłowodzku, ale ja chciałbym to niebezpieczeństwo ograniczyć jednak do minimum.

Za to nie wszędzie pierwszym kibicem i właścicielem klubu jest prezydent Czeczenii Ramzan Kadyrow…

- To również prawda. Prezydent mocno żyje sprawami klubu. Kiedyś, bodaj po meczu z CSKA Moskwa, zaprosił nas do swojej rezydencji, gdzie przyjmuje gości. Czułem się jak w jakimś pałacu w Arabii Saudyjskiej. Chodziliśmy z chłopakami po pokojach, a między nami biegał mały... tygrys. Natomiast w ogrodzie w klatkach siedziały dorosłe koty – lwy, pantery… Ot, takie prywatne małe zoo.

Źródło: eurosport.onet.pl / Zbigniew Mucha