Tych sytuacji było tyle... Liniowy biegał obok naszych kibiców, to ściągnęli mu gacie - czytamy na weszlo.com.

Po którymś awansie, gdy wygraliśmy mecz o awans do V lub IV ligi, jechaliśmy swoimi samochodami 40 km/h, a za nami sznur ze stu samochodów z kibicami i szalikami. Potem impreza na Starym Mieście... Byliśmy lokalnymi bohaterami, bo walczyliśmy, by Lechia wróciła na salony. Szkoda tylko, że z większością chłopaków urwał się kontakt. Wielu wyjechało za lepszym jutrem do Anglii - opowiada w obszernym wywiadzie Mateusz Bąk, bramkarz Lechii Gdańsk, z którym spotkaliśmy się podczas zgrupowania Lechii w Grodzisku Wielkopolskim.

Profil Mateusza Bąka

Lechia wkracza w nową erę?
Od dwóch-trzech tygodni zamieszanie wokół klubu jest duże. Może nie czytamy z chłopakami na komórkach i iPadach wszystkich wiadomości, jakie się pojawiają, ale sytuacja jest interesująca. Pojawiają się informacje, że Lechia ma wejść na jeszcze wyższą półkę finansową, co powinno się przełożyć na lepszych piłkarzy i wyższe miejsce w tabeli. Czas pokaże, ciężko spekulować. Nie jesteśmy też od komentowania takich spraw.

Nie obawiacie się o swoje pozycje, jeśli trafią do Gdańska lepsi piłkarze?
Szczerze? Oczywiście, że pojawiają się różne żarty. Na przykład, że obóz w Grodzisku ma druga drużyna, a pierwsza trenuje w Turcji. Na ironię i sarkazm zawsze znajdzie się w piłce miejsce, ale wiesz... Polska liga jest specyficzna i czasami nazwiska nie grają. Wielu zawodników z dobrym CV miało tu ciężko, więc ci, którzy mają ważne kontrakty, na pewno nie oddadzą miejsca za darmo. Ale jeżeli dzięki nowym graczom mamy podnieść poziom zespołu, to czemu nie?

A ciebie to osobiście nie niepokoi? W końcu wskoczyłeś na właściwe tory w karierze, bo dwa-trzy lata temu - sam wypowiadałeś się też w takim tonie - wydawało się, że znalazłeś się na zakręcie, z którego ciężko będzie wrócić.
Trzeba mieć trochę szczęścia, a ja - wracając do Gdańska - je miałem. Nie oszukujmy się. Wyciągnięto do mnie rękę, trener Probierz zadzwonił, bym przyjechał pokazać się na półtora tygodnia w Gniewinie, wyszło w miarę dobrze, podpisałem roczną umowę, ale później na swoją pozycję zapracowałem sam. Wspomniałeś o tych starych czasach... U mnie jest taka sinusoida, ale takie rzeczy nie dotyczą tylko największych, jak Jordan, Woods czy Schumacher. Ale jeśli ktoś po chudych latach potrafi wrócić na dobry poziom, to już świadczy o jego ambicji i walce. Często po takim gongu człowiek się nie podnosi.

Co dla ciebie było takim gongiem? Maritimo, Płock, a może Bułgaria?
Największym było zesłanie do rezerw Lechii przy poprzednim kontrakcie. Latem, po powrocie z Maritimo, zostałem tam przesunięty z Karolem Piątkiem, Maćkiem Rogalskim i Arkadiuszem Mysoną. Biegaliśmy po plaży, trenowaliśmy latem o dwunastej na sztucznym boisku przy trzydziestu stopniach z indywidualnym trenerem. Stworzono nam mały „klub Kokosa“, a ja miałem przy tym pecha, bo na dwa dni przed końcem okna transferowego pojechałem do Kielc, gdzie miałem zastąpić Radka Cierzniaka, który miał odejść do Watfordu. Nie udało mu się, a dla mnie zabrakło wolnego etatu. Zostałbym ja i Zbyszek Małkowski.

Cały wywiad przeczytasz na weszlo.com

Źródło: weszlo.com