Biało-Zielonym nie udało się wyrównać ligowego rekordu. Jednak z tego powodu nikt łez nie ronił, gdyż byłby to rekord wysoce niechlubny.

W meczu 14. kolejki T-Mobile Ekstraklasy, Lechia na wyjeździe zasłużenie pokonała Zagłębie Lubin 3:1. Cały wrzesień i prawie cały październik czekaliśmy na ligową wygraną Lechii.

Przed spotkaniem nad gdańskimi piłkarzami wisiał topór w postaci niechlubnego rekordu. Gdyby w Lubinie nie udało się wygrać, zanotowaliby dziewiąty kolejny mecz bez zwycięstwa w lidze i tym samym wyrównaliby rekord osiągnięty za kadencji trenera Tomasza Kafarskiego. 

W Lubinie mieliśmy trochę ligowej młócki, ale również sporo niespodzianek, emocji i niespodziewanych zwrotów akcji.

Pierwszą niespodzianką był skład Biało-Zielonych. Tym razem trener Michał Probierz, zamiast swoim zwyczajem mieszać w składzie, wystawił prawie ten sam skład co w Gliwicach. Jedynie przesuniętego do rezerw Piotra Wiśniewskiego zastąpił powracający za kartki Deleu.

Drugą niespodzianką była dobra postawa sędziego Tomasza Wajdy z Żywca. Dotychczas ten arbiter sędziował zgodnie z zasadą, iż mecz bez czerwonej kartki jest meczem straconym, o czym mieliśmy okazję przekonać się w lutym bieżącego roku na PGE Arenie, w meczu z Pogonią Szczecin.

Lechiści tym razem nie zaczęli spotkania niemrawo jak zwykle, a z zębem i animuszem. Po strzale Sebastiana Madery z pustej bramki wybijał obrońca "Miedziowych", ale co się odwlecze to nie uciecze. Po ładnej akcji na prawym skrzydle Christopher Oualembo wyłożył piłkę Przemkowi Frankowskiemu, a ten ze spokojem godnym rutyniarza zdobył prowadzenie dla Biało-Zielonych.

Dalsza część pierwszej połowy upływała w rytm monotonnych ataków gospodarzy, jednak solidnie spisywała się obrona Lechii, z Maderą i Rafałem Janickim na czele. Ten ostatni po raz kolejny udowodnił, że jego pozycją jest środkowa obrona, a wystawianie go gdzieś na boku to sabotaż.

Lechia kontrolowała sytuację, niepokoiły tylko wykopy na oślep, do osamotnionego Patryka Tuszyńskiego. Piłkę usiłował przytrzymać Daisuke Matsui, ale irytował licznymi stratami. Japoński piłkarz otrzymał z resztą żółtą kartkę, która wyklucza go z meczu ze Śląskiem Wrocław. Może i dobrze, bo odpocznie i być może odzyska formę.

Druga część to ataki Zagłębia, Tuż po wznowieniu gry z linii bramkowej wybił piłkę Frankowski, podkreślając swą dobrą grę. Został zresztą doceniony przez widzów Canal+, którzy wybrali go najlepszym zawodnikiem meczu.

Zmęczonego nieustannymi sprintami Tuszyńskiego zmienił Piotr Grzelczak i początkowo irytował strzałami z każdej pozycji. Jednak tu mieliśmy kolejny zwrot akcji - gdy kibice Lechii zgodnie zaczęli wyzywać "Grzela" od najgorszych ten zdobył gola. Dodajmy, że stało się to po doskonałym dośrodkowaniu "Franka".

I gdy wydawało się, że jest już po meczu, zaczęła się nerwówka. David Abwo strzelił kontaktowego gola dla gospodarzy. Jeśli kogoś można za tę bramkę obwiniać, to chyba Oualembo, któremu zza którego pleców wyskoczył Nigeryjczyk. 

Ostatnie dziesięć minut spotkania to totalna nerwówka. Gospodarze grali na aferę, ale ta strategia przynosiła efekty. Co chwila Mateusz Bąk był w opałach, ale tak jak w Gliwicach spisał się na medal. Nikt by nie miał pretensji gdyby przepuścił mocny strzał z bliska w wykonaniu Denisa Rakelsa. Jednak "Bączek" instynktownie obronił, a w doliczonym czasie gry Paweł Buzała przypieczętował trzecie kolejne ligowe zwycięstwo Lechii w Lubinie.

Zwycięstwo na pewno zasłużone, chociaż nerwówka w końcówce była zupełnie niepotrzebna.

Gratulacje dla trenera i piłkarzy, za to że udało im się podnieść i odnieść dwie wygrane (Kraków i Lubin) oraz jeden remis (Gliwice) po dwóch ciężkich gongach z Widzewem i Lechem. Mało kto się tego spodziewał.

Raport meczowy [Zagłębie Lubin - Lechia Gdańsk 1:2]