Parę minut dobrej gry nie wystarczyło piłkarzom Lechii, żeby przynajmniej zremisować z pogrążoną (wydawało się) w kryzysie Cracovią. Biało-zieloni praktycznie nie podjęli walki, zostali całkowicie zdominowani na własnym stadionie i w pełni zasłużenie przegrali 1:3. Honorowego gola dla gdańszczan zdobył na początku drugiej połowy Łukasz Zwoliński.

Trener Piotr Stokowiec co prawda wysłuchał próśb kibiców i posadził na ławce Patryka Lipskiego, a u boku Flavio Paixao zagrał Łukasz Zwoliński. Tak ofensywnie usposobiona Lechia, na przeciwko notująca niechlubną serię sześciu porażek z rzędu Cracovia. Czysto teoretycznie faworyt powinien być jeden i gdańszczanie powinni odnieść stosunkowo łatwe zwycięstwo.

Jesteśmy jednak w polskiej lidze, gdzie logika jest ostatnią rzeczą, jakiej powinniśmy szukać. Cracovia od pierwszych minut zepchnęła Lechię do głębokiej defensywy. Goście szybko doskakiwali, nie pozwalali biało-zielonym rozgrywać piłki od własnej bramki. W żadnym stopniu nie przypominało to zespołu pogrążonego w kryzysie, który tydzień w tydzień wyłapuje w łeb od kolejnych rywali. Cracovia czuła się w Gdańsku bardzo swobodnie, konstruowała ciekawe, momentami efektowne akcje. Co prawda długo nie przynosiło to efektów w postaci gola (doskonale w bramce spisywał się Dusan Kuciak), ale w końcu podopieczni Michała Probierza otworzyli wynik meczu za sprawą Pelle van Amersfoorta. 

Gdańszczanie się obudzili, ale pierwszą w miarę składną akcję przeprowadzili dopiero w 36. minucie meczu (już przy stanie 0:1). Było naprawdę blisko wyrównania, natomiast Flavio Paixao trochę za długo zwlekał z oddaniem strzału i został zablokowany. Później było jeszcze kilka groźnych wrzutek ze stałych fragmentów w wykonaniu Filipa Mladenovicia, jednak do przerwy wynik się już nie zmienił. Cracovia prowadziła w pełni zasłużenie.

Po zmianie stron gra Lechii mocno się zmieniła, choć dalej trzeba było odrabiać straty. Co prawda już w pierwszej akcji drugiej połowy do wyrównania doprowadził Łukasz Zwoliński, ale radość biało-zielonych trwała tylko pięć minut. Po akcji Cracovii lewą flanką niefortunną interwencją we własnym polu karnym popisał się Mario Maloca. Bramka samobójcza na konto Chorwata, a przecież wcale nie musiało do tego dojść, bo w pobliżu nie było żadnego zawodnika gości. Najpewniej zawiodła komunikacja.

Druga połowa była w wykonaniu Lechii dużo lepsza niż pierwsza, ale też nie zachwycajmy się, bo poprzeczka była zawieszona tak nisko, że po prostu gorzej zagrać się nie dało. Gdańszczanie do końca próbowali odmienić losy spotkania, ale goście dobrze bronili. Nie pomogły zmiany trenera Stokowca - w ostatnich dziesięciu minutach na placu gry przebywało w sumie czterech napastników. Na nic to się jednak zdało, a w samej końcówce goście skorzystali z prezentu podarowanego im przez obronę Lechii i zadali decydujący cios. Biało-zieloni zawiedli na całej linii. Mieli wszystko w swoich rękach, mogli już teraz zapewnić sobie udział w grupie mistrzowskiej, a tak wszystko rozstrzygnie się w ostatniej kolejce w Szczecinie.

Lechia Gdańsk - Cracovia 1:3 (0:1)
Bramki: Zwoliński (46.) - van Amersfoort (33., 89.), Maloca (51. - samobójcza)

Lechia: Kuciak - Fila, Nalepa Ż, Maloca, Mladenović - Mihalik (81. Arak), Makowski, Kubicki Ż (71. Gajos), Flavio Paixao, Saief (71. Ze Gomes) - Zwoliński.

Cracovia: Peškovič - Râpă, Dytjatjew Ż, Jablonský, Pestka - Thiago (66. Gol), Dimun, Loshaj (77. Fiolić), van Amersfoort (90. Vestenický), Hanca - Lopes.

źródło: własne