Drugi zespół Lechii po niesamowitym spotkaniu zremisował z Jaguarem Gdańsk 5:5. Biało-zieloni byli wzmocnieni paroma zawodnikami z pierwszego zespołu, ale nie wystarczyło to do zwycięstwa.

Gdyby ktoś spojrzał w tabelę, a następnie na końcowy wynik, to mógłby sobie pomyśleć, że w Kolbudach mieliśmy do czynienia z niespodzianką. Jaguar jest bowiem w czołówce IV ligi, z kolei Lechia była bardzo blisko ostatniego miejsca. Tymczasem na murawie tych różnic widać nie było, ale oczywiście wpływ na to miały posiłki z pierwszej drużyny. Tacy zawodnicy jak Kacper Urbański, Mateusz Sopoćko, Jakub Kałuziński, Żarko Udovicić czy Mateusz Żukowski dali mnóstwo jakości. Szczególnie w pierwszej połowie byliśmy świadkami absolutnej dominacji Lechii, chociaż... wszystko zaczęło się od prowadzenia Jaguara, bo Eryka Mirusa zaskoczył strzałem bezpośrednio z rzutu wolnego Roman Zalow. 

To oczywiście nie podłamało Lechii. Wręcz przeciwnie. Po tym trafieniu nastąpił prawdziwy szturm bramki Jaguara. Znakomicie dysponowany był Sopoćko, akcje prowadzone były w zasadzie każdą stroną boiska. Prawa, lewa, środek - bez znaczenia. Groźnie było w zasadzie cały czas. Inna sprawa, że gol na 1:1 padł po rzucie rożnym. Lechia rozegrała go sprytnie, bardzo szybko, zaskakując defensywę gości. Udovicić miał dużo miejsca, wrzucił idealnie na głowę Egzona Kryeziu, a ten doprowadził do wyrównania. Później po kolejnej centrze z lewej strony własnego bramkarza zaskoczył strzałem samobójczym Piotr Jaroszek. Na sześć minut przed przerwą prowadzenie Lechii podwyższył Żukowski, popisując się ładnym strzałem z dwudziestu metrów. I kiedy wydawało się, że podopieczni Dominika Czajki zejdą na przerwę z dwubramkowym prowadzeniem, nastąpiło chyba rozluźnienie w ich szeregach. Przytrafiły się dwie głupie straty na własnej połowie. O ile pierwsza uszła na sucho, o tyle druga zakończyła się golem na 3:2. Szymon Rychłowski miał bardzo dużo wolnej przestrzeni na prawym skrzydle, wpadł w pole karne i potężnym strzałem umieścił piłkę w siatce. 

To tylko uskrzydliło zawodników Jaguara, który wyszedł z szatni z jasnym postanowieniem - strzelić jak najszybciej bramkę wyrównującą. I udało się to już w pierwszej akcji drugiej połowy. Goście zaczęli od środka, nie minęło kilkanaście sekund, a Mirus trzeci raz tego dnia musiał wyciągać piłkę z siatki. Swojego drugiego gola tego dnia zdobył Zalow, z zimną krwią wykorzystując sytuację sam na sam. 

Potem mieliśmy około dwadzieścia minut chaotycznej gry. Zawodnicy obu ekip mieli problemy, żeby dłużej utrzymać się przy piłce. Niewiele zostało z przewagi Lechii, a im dalej w mecz, tym coraz pewniej poczynali sobie piłkarze Jaguara. Nie potrafili jednak przeprowadzić akcji, która dałaby im prowadzenie. Co innego Lechia, która za sprawą indywidualnej akcji Sopoćki wyprowadziła kolejny cios. 

Powiedzmy tak - widzieliśmy w życiu nudniejsze mecze. Jeśli ktoś myślał, że na siedmiu bramkach się skończyło, to... źle myślał. Najpierw po przypadkowym zagraniu ręką Jakuba Kapuścińskiego sędzia podyktował rzut karny dla Jaguara, który wykorzystał Adam Prusaczyk. Mirus był bliski interwencji, natomiast zabrakło mu paru centymetrów. To był mecz stałych fragmentów, bo niemal natychmiast Lechia ponownie objęła prowadzenie, a gola po dośrodkowaniu z rzutu rożnego zdobył Rafał Kobryń. Ten sam piłkarz w doliczonym czasie gry dopuścił się faulu we własnym polu karnym i arbiter drugi raz tego dnia wskazał na jedenasty metr. Do piłki raz jeszcze podszedł Prusaczyk, uderzył w ten sam róg i doprowadził do wyrównania. 

Lechia II Gdańsk - Jaguar Gdańsk 5:5 (3:2)
Bramki: Kryeziu (15.), Jaroszek (20. - samobójcza), Żukowski (39.), Sopoćko (71.), Kobryń (84.) - Zalow (5., 46.), Rychłowski (44.), Prusaczyk (81. - karny, 90. - karny)

Lechia: Mirus - Kapuściński Ż, Kobryń Ż, Drzazga, Landowski - Urbański, Kryeziu, Sopoćko, Kałuziński, Udovicić - Żukowski Ż.

źródło: własne