Biało-zieloni w bardzo dobrym stylu wygrali na wyjeździe z Wisłą Kraków 3:1. 

Piłkarze Wisły i Lechii najprawdopodobniej zdawali sobie sprawę, że mecz w Krakowie nie jest daniem głównym w środowy wieczór i chcieli dać z siebie absolutne maksimum, by choć w minimalnym stopniu stworzyć dobrze smakującą przystawkę przed starciem Juventusu z Barceloną w Lidze Mistrzów. Czy to się udało? Zdecydowanie tak. Był to bardzo dobry mecz, oglądało się go z przyjemnością. Mieliśmy akcje środkiem pola, skrzydłami, próby ataku pozycyjnego, kontrataki. Byli też dobrzy technicznie zawodnicy, bo aż miło patrzyło się na kogoś takiego jak Kenny Saief, który praktycznie w każdym zagraniu pokazywał wysoką klasę.

Co prawda Amerykanin gola nie strzelił, nie miał nawet asysty, ale większość akcji przechodziła przez niego.

Biało-zieloni zagrali w Krakowie koncert. Najlepszy mecz w sezonie? Bez dwóch zdań. Chwaliliśmy za postawę w drugiej połowie w Lubinie, a tym razem dostaliśmy powtórkę. Z tą różnicą, że przez więcej niż tylko 45 minut.

Lechia miała ten mecz pod dużą kontrolą. Skłamalibyśmy, gdybyśmy napisali, że od pierwszych minut, bo jednak to Wisła zaatakowała jako pierwsza i już po trzydziestu sekundach mogła objąć prowadzenie, ale na szczęście minimalnie niecelnie uderzał Brown Forbes. Potem przyjezdni się obudzili, z minuty na minutę zaczęli coraz bardziej dominować i... stracili gola. No właśnie, poświęcimy tej sytuacji osobny akapit, bo taka sytuacja nie ma prawa się wydarzyć.

Uderzenie Jeana Carlosa z dystansu było bardzo ładne, Dusan Kuciak nie miał najmniejszych szans na skuteczną interwencję, natomiast wcześniej tę akcję mogło (a nawet powinno) przerwać przynajmniej dwóch zawodników biało-zielonych. Była to zaskakująca bierność w defensywie. Zabrakło w zasadzie tylko czerwonego dywanu. Zresztą nie chodzi tylko o tego gola na 1:0. Oprócz tego gospodarze w samej pierwszej połowie stworzyli przynajmniej dwie sytuacje po prostopadłym zagraniu i w obu przypadkach było bardzo groźnie.

Defensywa to jedno, ale ten mecz potwierdził, że Lechia w ostatnim czasie sporo popracowała nad grą na połowie przeciwnika. Reakcja po straconej bramce była świetna. Niemal natychmiast do wyrównania doprowadził Michał Nalepa (wykorzystał bardzo dobre dośrodkowanie Jarosława Kubickiego z rzutu wolnego). Tak na dobrą sprawę już do przerwy powinno być pozamiatane, lecz Conrado i Omran Haydary nie mieli najlepszego dnia, jeśli chodzi o centry. Bardzo widoczny był brak tego ostatniego podania.

Na szczęście po przerwie przynajmniej jedna akcja wyszła Conrado. Urwał się z lewej strony, zagrał płasko wzdłuż pola karnego, gdzie niefortunnie interweniował Maciej Sadlok, pakując piłkę do własnej bramki. Swoje winy odkupił się też Haydary, bo to dzięki niemu biało-zieloni kwadrans później otrzymali rzut karny (Sadlok ręką blokował uderzenie skrzydłowego Lechii). Z jedenastu metrów nie pomylił się Flavio Paixao, którego pochwalić należy również za podanie do Haydary'ego. Przecieraliśmy oczy czy to na pewno on czy może Luka Modrić w swoim prime.

Te dwa ciosy podłamały Wisłę, która w drugiej połowie sporadycznie zagrażała bramce Lechii. Nie było huraganowych ataków gospodarzy, gdańszczanie po raz pierwszy od dawna nie drżeli o wynik do ostatnich sekund. Ekipa Piotra Stokowca była bardzo pewna siebie, grała mądrze i uważnie w obronie. 

Wisła Kraków - Lechia Gdańsk 1:3 (1:1)
Bramki: Jean Carlos (30.) - Nalepa (35.), Sadlok (54. - samobójcza), Flavio Paixao (68. - karny)

Wisła: Buchalik - Szot (61. Burliga Ż), Frydrych, Sadlok, Abramowicz - Yeboah (61. Błaszczykowski), Żukow, Plewka, Chuca Ż, Jean Carlos (78. Buksa) - Brown Forbes.

Lechia: Kuciak - Fila, Nalepa, Kopacz, Pietrzak - Haydary, Makowski, Kubicki Ż, Saief (81. Gajos), Conrado (59. Zwoliński) - Flavio Paixao.

źródło: własne