Lechia przegrała na wyjeździe z Legią Warszawa 0:2, doznając tym samej trzeciej z rzędu porażki w PKO Ekstraklasie. W końcowych minutach biało-zieloni grali w osłabieniu, ponieważ czerwoną kartkę za brutalny faul obejrzał Tomasz Makowski.

O ile jednak Lechia pokazała cokolwiek w przegranych meczach z Piastem Gliwice i Lechem Poznań, o tyle w Warszawie podopieczni trenera Piotra Stokowca nie zaprezentowali absolutnie nic. W ofensywie byli zupełnie bezradni. Środek pola nie funkcjonował w ogóle. Nie napiszemy, że Lechia przeszła obok meczu, bo jednak nie można odmówić jej walki i determinacji, ale futbolu nie było w tym zbyt dużo.

Oglądając poczynania Lechii na początku meczu, można było odnieść wrażenie, że Piotr Stokowiec wraz ze swoimi piłkarzami przyjechali do Warszawy, żeby przegrać jak najniżej. I to nawet pomimo faktu, że gdańszczanie rozpoczęli spotkanie z dwójką napastników. Legia grała wysokim pressingiem, była agresywna, nie pozwalała Lechii na zbyt wiele. Goście często musieli ratować się wykopami w aut. Futbolu zbyt wiele w tym wszystkim nie było. Było sporo nerwowości, agresywnej gry. Piłki jednak zdecydowanie mniej.

Legia nie prezentowała niczego szczególnego, ale błędy Lechii w obronie sprawiały, że aktualni mistrzowie Polski w samej pierwszej połowie mieli przynajmniej trzy dogodne sytuacje, żeby wyjść na prowadzenie. Na szczęście żadnej z nich nie wykorzystali. Lechia miała furę szczęścia.

Lechia? Cóż... Przed przerwą nie pokazała zbyt wiele, choć paradoksalnie to ona oddała jedyny celny strzał w pierwszej połowie, natomiast - umówmy się - Artur Boruc w swojej piłkarskiej karierze miewał trudniejsze uderzenia do obrony. Biało-zieloni obudzili się gdzieś w okolicach 30. minuty. Wtedy też spotkanie się wyrównało. Do tego momentu toczone było jednak pod dyktando gospodarzy.

Jeśli jednak przed przerwą Lechia potrafiła się odgryźć jakimś kontratakiem czy po stałym fragmencie gry, to w drugiej połowie próżno szukać ofensywnych poczynań w ekipie gości. Raz źle w polu karnym zachował się Michał Nalepa, choć miał dobrą okazję do oddania strzału, raz zablokowany został wprowadzony z ławki Karol Fila, raz niecelnie uderzał Tomasz Makowski. A poza tym? Niewiele. Naprawdę niewiele. I to pomimo faktu, że od 61. minuty na prowadzeniu była Legia, bo Kristers Tobers nie pokrył w polu karnym Tomasa Pekharta. 

Wydawać by się mogło, że jeśli drużyna przegrywa, to rzuca wszystkie siły do ataku i próbuje odrabiać straty. Lechia niestety nie była w stanie nic zdziałać z przodu. Lechia nie oddała w tym meczu ani jednego celnego strzału, a bez tego raczej trudno o korzystny rezultat (nie liczymy tego podania w kierunku Artura Boruca w pierwszej połowie). Czy to słabość biało-zielonych? A może po prostu Legia jest na tyle dobrym zespołem w polskiej lidze, że nie pozwoliła swojemu przeciwnikowi rozwinąć skrzydeł. W doliczonym czasie gry Legia ustaliła wynik spotkania.

Fakty są jednak takie, że Lechia doznała trzeciej z rzędu porażki w PKO Ekstraklasie. A ponadto w kolejnym meczu w gdańskim zespole nie zagrają pauzujący za kartki dwaj środkowi pomocnicy - Jarosław Kubicki i Tomasz Makowski.

Legia Warszawa - Lechia Gdańsk 2:0 (0:0)
Bramki: Pekhart (61.), Rafael Lopes (90.)

Legia: Boruc - Juranović, Lewczuk Ż, Jędrzejczyk Ż, Mladenović - Wszołek (78. Cholewiak), Andre Martins Ż, Kapustka (90. Slisz), Karbownik, Luquinhas - Pekhart (78. Rafael Lopes).

Lechia: Kuciak - Kopacz (69. Fila), Tobers, Nalepa Ż, Pietrzak - Saief (69. Mihalik), Makowski CZ, Kubicki Ż (86. Arak), Flavio Paixao (76. Gajos), Conrado (69. Haydary) - Zwoliński Ż.

źródło: własne