lechia

W Gdańsku, zwłaszcza wśród starszych kibiców, często można usłyszeć opinię, że Lechia nigdy nie osiągnęła sukcesów na miarę aspiracji, ponieważ nie miała szczęścia do prezesów, działaczy i inwestorów.

Generalnie do ludzi, którzy odpowiadają za budowę struktur organizacyjno-finansowych w klubie.

Dziś, bez żadnych wątpliwości można powiedzieć, że historia po raz kolejny się powtórzyła.

W ciągu roku  klub, który był w czołówce ligi i który miał za chwilę przenieść się na najładniejszy stadion w Polsce "udało" im się przekształcić w jednego z "faworytów" do spadku.

Powinni opatentować ten mechanizm, bo doprowadzenie do takiej sytuacji wydawało się wręcz niewykonalne. Dla naszych "asów" z zarządu oraz "super" inwestora nie ma jednak rzeczy niemożliwych.
Całą operację rozpoczęli równy rok temu w trakcie poprzedniej przerwy zimowej. Lechia była po zeszłoszorocznej rundzie jesiennej określana mianem najładniej grającej drużyny w kraju. Była także jednym z najpoważniejszych kandydatów do walki co najmniej o miejsce w europejskich pucharach... Wystarczyło delikatnie wzmocnić drużynę o dwóch-trzech nowych zawodników i szanse na najlepszy sezon w historii klubu byłyby ogromne. Nasi decydenci postanowili spróbować innych, dość nietypowych rozwiązań dla zespołu, którego rozkwit miał nastąpić już za pół roku. Otóż uznali oni, że zamiast wzmocnień, lepszym rozwiązaniem będzie pozbycie się kilku kluczowych zawodników. Pożegnaliśmy wówczas m.in. Buzałę, Wołąkiewicza, Zieńczuka oraz Kaczmarka. Drużyna na wiosnę grała fatalnie.

 

Wnioski, jakie wyciągnął zarząd: wzmocnienia nie są potrzebne (no chyba, że mowa o Bensonie i Tadicu). Wystarczy wyznaczyć bardziej ambitne cele. Wyglądało to tak, jakby wystawić do wyścigu Formuły 1  fiata 126p i wierzyć, że gdy kierowca będzie dobrze umotywowany to spokojnie sobie poradzi.

Szok! Nie udało się. Okazało się,  że drużyna bez żadnego klasowego napastnika w składzie nie potrafi strzelać bramek. Znów pełne zaskoczenie! Potem wyszło, że skoro trener Ulatowski "wylatywał" ostatnio z każdego klubu, to tym bardziej z beznadziei panującej w Gdańsku nie stworzy niczego sensownego.

Starczy.

Wydawało się, że nawet największy idiota po takiej serii niepowodzeń musi wyciągnąć wnioski i zmienić swoje postępowanie. Okazało się, że wcale niekoniecznie.
Nic dziwnego, że w Gdańsku wybuchło coś na kształt wojny domowej.

Za  winnych zostali uznani dyrektor Błażej Jenek oraz prezes Maciej Turnowiecki. Całkowicie słusznie. Pan Jenek notorycznie kompromituje się jako dyrektor Lechii Operator, a w wolnym czasie ponosi klęskę za klęską w negocjacjach kontraktowych z nowymi zawodnikami. Pan Turnowiecki jako prezes swoim nazwiskiem firmuje cały ten bałagan.

Do walki z nimi stanęli akcjonariusze mniejszościowi, znaczna część kibiców, a ostatnio nawet Prezydent Adamowicz.  Zarząd próbuje się nieudolnie bronić, pisząc do prasy oświadczenia, które oceniając od strony merytorycznej można, delikatnie mówiąc, nazwać żenującymi.

Jednym słowem: CYRK! Tyle, że dla nas mało śmieszny.

W tym wszystkim wiele osób zapomina o jednym niezwykle istotnym fakcie. Osobą, która ma realne możliwości powołać lub odwołać zarząd, oraz która faktycznie decyduje o poczynaniach klubu w kluczowych kwestiach jest nasz "złotousty" inwestor Pan Andrzej Kuchar.

Zatrzymajmy się na chwilę przy tym Panu. Oficjalnie jest on nazywany inwestorem, akcjonariuszem większościowym, bądź właścicielem. Wydaje mi się, że tylko to drugie określenie jest zasadne.
Co to za inwestor, który już na samym starcie zwolnił sam siebie z obowiązku dofinansowywania klubu?! Właściciel też z niego marny, bo co to  za właściciel,  który jedynie pożycza swojemu klubowi pieniądze?  Obecnie to Lechia ma długi, a nie Pan Kuchar! Co najśmieszniejsze są to długi wobec Pana Kuchara! Nawet gdy "inwestora" już nie będzie - długi zostaną. Najciekawsze jest to, że zadłużenie powstaje w wyniku jego bezmyślnych decyzji, a odpowiedzialności z tego tytułu nie ponosi praktycznie żadnej.

Przeanalizowałem niemal wszystkie wypowiedzi naszego "inwestora" , odkąd pojawił się on w Lechii. Niesamowite, że ten Pan nie zrobił jeszcze kariery w polityce... Takiego "lania wody",  opowiadania jakiś bzdurnych anegdot, porównań i uogólnień, z których nic nie wynika, dotąd jeszcze nie spotkałem. Jest to człowiek, który o tym, że 2+2=4 potrafi mówić przez 20minut i na końcu człowiek przestaje być pewien jaka jest faktyczna suma równania.

Po gruntownym przesiewie udało mi się wyłowić kilka konkretnych wypowiedzi.

Oto one:
1) "(...) W sezonie 2012/2013 Lechia będzie miała budżet na poziomie 60-70 milionów złotych i będzie wśród drużyn walczących o mistrzostwo (...)"

Ha, ha jasne, chyba o mistrzostwo pierwszej ligi.

2) "(...) Na inaugurację PGE Areny Lechia zagra z Juventusem (...)"

Zagrała z Cracovią...

3) "(...) Próbowałem zostać inwestorem Śląska Wrocław, ale prezydent Dutkiewicz wybrał kogo innego (...)"

Przyjaciele z Wrocławia powinni dziękować Bogu i prezydentowi Dutkiewiczowi każdego dnia, bo dziś zamiast walki o mistrzostwo bili by się o utrzymanie...

4) "(...) Fundusze na transfery są i będą w miarę potrzeb (...)"

Czyli w tej chwili nie ma żadnych potrzeb?!

5) "(...) Lechia nie jest na sprzedaż (...)"

Zadziwiające, bo słyszałem z wiarygodnych źródeł nawet jakiej kwoty Pan Kuchar oczekiwał...

 

Wniosek jest jeden: przy obecnym nastawieniu właściciela, sama zmiana zarządu niewiele zmieni. Przestałem wierzyć, że Panu Kucharowi w przedsięwzięciu zwanym "Lechia" zależy na czymkolwiek poza wzrostem osobistego  przychodu finansowego i że kiedykolwiek zrozumie, że aby budowa wielkiego samofinansującego się klubu zakończyła się sukcesem to najpierw trzeba zainwestować.

Reasumując, moim zdaniem, za kadencji Pana Kuchara nasze marzenie o Wielkiej Lechii  pozostanie niespełnione...
Edwin