Po porażce 2-3 u siebie z Lechią, Motor praktycznie przestał liczyć się w walce o awans. Ale do przejścia pozostawał jeszcze Widzew. Już w następnej kolejce w Gdańsku odbył się mecz na szczycie.

Było to 3 maja 1975, a dzień ten nie był wówczas świętem państwowym. Do matury zostało mi dwa dni, więc w oczekiwaniu na mecz czytałem opowiadania Żeromskiego. W tych czasach, przed takim meczem, należało miejsce zająć, co najmniej dwie godziny wcześniej. A i tak złapałem wcale nie nadzwyczajne.

Mecz był nudny. Widzew już był drużyną z charakterem. Nie grali w nim jeszcze wprawdzie Boniek, Młynarczyk, Rozborski, Zgutczyński czy Tłokiński (ten ostatni grał wówczas w Lechii), ale jak nikt inny w kraju potrafił mobilizować się przed ważnym meczem. Wkrótce po awansie, już w drugiej kolejce dokopał ŁKS-owi!

Taktykę łodzianie zdali w tym meczu celująco. Tadeusz Błachno całkowicie wyłączył z gry Puszkarza i impet Lechii został wyzerowany. Publiczność oczekująca piłkarskich fajerwerków, rozochocona dramatycznym zwycięstwem w Lublinie ziewała. Mecz oczywiście został określony mianem podwyższonego ryzyka. Sprowadzono dodatkowe oddziały sił porządkowych. W odróżnieniu jednak od Lublina ściągnięto niewyżytych małolatów ze szkółki. Ogrodzenie było w przebudowie. Dwumetrowa siatka była tylko na prostej, na wirażach - nadal niewysoka barierka. Młyn, jak we wszystkich ówczesnych meczach zlokalizował się po prawej stronie od wejścia. Milicjanci byli pochowani w tunelach. W czasie przerwy i w trakcie drugiej połowy młodzież kilkakrotnie forsowała barierki i zanim gliniarze zdążyli ich dopaść bez trudu wracali i ginęli w tłumie.

Ok. 60 minuty Widzew objął prowadzenie i nic nie zapowiadało zmiany stanu rzeczy. Ale w 89 minucie Lechiści wyrównali. Grupka szalikowców oczywiście znowu wpadła na bieżnię, wściekli gliniarze znowu wybiegli z tunelu, chłopcy znowu pouciekali. Ale jeden chciał się popisać i spróbował sforsować dwumetrową siatkę. Nie zdążył. Dopadli z pianą na ustach i ściągnęli. W ułamku sekundy zrobili coś w rodzaju młyna w rugby. Oczywiście zaczęli tłuc pałami gdzie popadnie. Odwróciłem głowę, bo nie mogłem patrzeć. "Patrz, co z nim robią!" - odezwał się jeden z kibiców obok. Spojrzałem. Wlekli go za nogi, głową po bieżni. Koledzy zza płotu rzucali im piasek w oczy. Nie pomogło. Takim sposobem, na oczach 30 tysięcy ludzi, zaciągnęli go do tunelu pod koroną. Do dziś nie wiem, co się ostatecznie stało z tym chłopakiem. Nie mieliśmy wątpliwości, ze zginął, ale nigdy nie poznałem jego personaliów i nigdy nie słyszałem oficjalnego potwierdzenia zgonu.

Po minucie sędzia zakończył mecz. I wtedy nastąpiło coś, czego nie widziałem ni przedtem, ni potem. Pełny stadion, mecz zakończony a nikt nie ma zamiaru wychodzić. Ani starsi, ani kobiety, ani oczywiście młodzież. Nikt nie ma wątpliwości, że tego nie można zostawić. Gliniarze zorientowali się, że żarty się skończyły i uciekli za trybunę. Z dwa razy próbowali się wyłonić, ale musieli uznać kamienną argumentację. Jeden użył nawet gazu łzawiącego, który oczywiście natychmiast im zwrócono. Pecha miało dwóch funkcjonariuszy, którzy znaleźli się z drugiej strony. Dopadł ich rozwścieczony tłum i stratował. Nikt im nie współczuł. Po chwili rozległy się syreny i dotarły (p)osiłki w hełmach i przyłbicach, których nazwaliśmy kosmonautami. Zamieszki przeniosły się na ulice.

To był temat nr 1 w Trójmieście przez kilka tygodni. Wciąż dodawano nowe szczegóły, najwięcej oczywiście ci, których nie było na meczu. Ale pozostał dylemat, co dalej? Ktoś wpadł na pomysł, żeby sami kibice zajęli się pilnowaniem porządku. Czemu nie? Odbyło się wkrótce zebranie z dwoma oficerami MO, którzy mieli udzielić nam instruktażu. Wielu nastawiło się na wygarnięcie, co o nich myślą, ale jakbyście zobaczyli ich trupie miny, gdy weszli, to i Wam odechciałoby się dyskusji. Klub zakupił kurtki koloru żółtego i od następnego meczu ze Stomilem na bieżni pojawiła się sekcja porządkowa Klubu Kibica, której później, przez pewien czas, miałem zaszczyt przewodniczyć. Awantury, jeśli już były, to na ulicach. Wyjątek stanowił mecz z Zawiszą w 1977, ale i tam główne akcje odbywały się na mieście. Częściej dochodziło do brania się za łby między sobą. Największy taki bratobójczy pojedynek pamiętam w 1976 r w Elblągu pomiędzy ekipami Makarona i Bacy.

A epilog meczu z Widzewem? Happy endu niestety brak. Jak zwykle zakończyło się to bolszewicką farsą procesową. Gliniarze wygadywali takie farmazony bez ładu i składu, że chciało się wymiotować. Chrzanili coś o długich włosach chłopaka, który dwa tygodnie wcześniej wyszedł z wojska, o niebieskiej kurtce ortalionowej chłopca, który na rozprawie ubrany był dokładnie tak samo jak w chwili zatrzymania, tzn. w beżową marynarkę i czerwony golf, itd., itp., itd., itp. Robili z siebie niewyobrażalnych idiotów, ale sprawiedliwość musiała dbać o wizerunek socjalistycznej milicji. Wśród zatrzymanych, oczywiście przypadkowych osób, znalazł się recydywista i osoba wcześniej karana, więc było komu dołożyć. Największy trójmiejski brukowiec "Wieczór Wybrzeża" w rubryce sądowej napisał, że sprawcy gorszących zajść zostali zatrzymani i sprawiedliwie osądzeni. Nie stać ich było nawet na napisanie, że kilka osób zostało uniewinnionych, lecz "przekazanych do rozpatrzenia przez sąd wojewódzki".

Do ligi awansowali łodzianie, którzy z roczną przerwą grają w niej do dziś. Zdobyli cztery tytuły Mistrza Polski, z europejskich Pucharów eliminowali m.in. obydwa Manchestery, Juventus i Liverpool, dotarli w 1983 roku do półfinału Pucharu Mistrzów Krajowych (za to zostali w tym samym sezonie wyeliminowani z Pucharu Polski przez III-ligową Lechię).

Waldemar "Tangens" Mroczek

ur. w 1956 roku w Gdańsku. Wykształcenie wyższe matematyczne. Od 1970 kibic Lechii. Aktywny działacz Klubu Kibica, pełnił w nim funkcje przewodniczącego sekcji historyczno-propagandowej oraz porządkowej. Był z Lechią praktycznie we wszystkich regionach Polski. Od 1986 mieszka w Świnoujściu. Jest spikerem na meczach tamtejszej Floty, współpracuje z lokalnymi mediami, w przeszłości zaś organizował plebiscyty na Sportowca Roku na Wyspach.