Polecamy Waszej uwadze rozmowę z członkiem zarządu Lechii Gdańsk, Agatą Kowalską, przeprowadzoną przez Dziennik Bałtycki.

Ile razy była Pani na meczu piłki nożnej?
Tak się składa, że dość często. Zaczynałam pracę w Krakowie i jeszcze jako aplikant radcowski byłam zatrudniona w kancelarii, która obsługiwała Wisłę. Chcąc zobaczyć, jak to funkcjonuje od środka, często bywałam na meczach Wisły. Przed Lechią zdarzało mi się też bywać na meczach międzynarodowych czy ostatnio w związku z moją działalnością charytatywną bywałam na stadionie Cracovii. Proszę się nie martwić, wiem, że w piłce nożnej są dwie bramki i ilu zawodników biega po boisku. (śmiech)

A wie Pani, co to jest spalony?
A to pytanie często słyszę. Znam teorię, ale czasami ciężko mi zauważyć spalonego podczas meczu na boisku. Pocieszam się, że sędziom też to się zdarza. Ja na szczęście nie zawsze muszę wszystko widzieć, bo to nie ja sędziuję. Poza tym mam mężczyzn - specjalistów obok siebie, którzy zawsze żywo dyskutują, czy spalony był, czy nie. I też rzadko są jednomyślni.

Kto odpowiada za kwestie sportowe w Lechii?
Rozmawiamy obecnie z różnymi kandydatami, którzy mają pełnić funkcję dyrektora sportowego. Na dziś decyzje bezpośrednio związane ze sprawami sportowymi podejmowane są w konsultacji z trenerem, Adamem Mandziarą oraz Maciejem Bałazińskim. Doszedł też do nas ostatnio Jarosław Bieniuk, z którego zdaniem też bardzo się liczę.

Długo się Pani zastanawiała nad propozycją z Lechii?
Za dużo czasu mi nie dano. Decyzja była jednak głęboko przemyślana. Wiązała się dla mnie z wieloma zmianami spowodowanymi tym, że jestem z Krakowa, do Gdańska jest więc jednak dość daleko. Jestem wspólnikiem krakowskiej kancelarii, jest to średniej wielkości firma, ale jednak jest. Musiałam podjąć pewne decyzje i wszystko poukładać. Teraz otrzymałam możliwość zajęcia się w praktyce tym, co wcześniej robiłam jako prawnik z boku. Dzisiaj staram się brać przykład od zarządów różnych znanych mi dużych spółek i wdrażać w Gdańsku takie rozwiązania, które powinny działać. 

Przeczytaj cały wywiad

Źródło: Dziennik Bałtycki