Czy Andrzej Kuchar faktycznie tak bardzo martwi się losami Lechii Gdańsk i wszelkie jego działania zmierzają ku temu, aby w klubie było lepiej? - zastanawiają się w Dzienniku Bałtyckim.

W to już dzisiaj nikt nie wierzy. Kuchar to człowiek, który świetnie potrafi się poruszać w świecie biznesu i pieniędzy.

Z Kucharem porozmawiać nie sposób. Jedyne opinie od niego można uzyskać, oczekując na wydanie oświadczenia. Kiedy nawet udawało nam się do niego dodzwonić zawsze odsyłał do rzecznika prasowego. Michał Lewandowski z kolei informował nas, że nie ma możliwości, aby umówić się na wywiad z inwestorem Lechii. Kuchar unika rozmów i chowa się za plecami klubowego rzecznika prasowego albo swojej żony.

- Już dwa lata temu w opinii akcjonariuszy mniejszościowych dalsza współpraca z inwestorem nie miała sensu. Nie wiem zresztą, czy można nazwać inwestorem człowieka, który tylko pożycza klubowi pieniądze - mówi Janusz Benesz, jeden z akcjonariuszy mniejszościowych.

Nie tylko media mają problem z uzyskaniem wypowiedzi Kuchara. Akcjonariusze też nie otrzymują odpowiedzi na nurtujące ich pytania. Ani od Kuchara, ani z zarządu Lechii.

"Nie jest prawdą, że szykuję skok na kolejne akcje Lechii. Nie jest prawdą, że nie interesuje mnie los Lechii. Konwersja pożyczek na akcje ma służyć oddłużeniu spółki i powiększeniu środków własnych poprzez utworzenie nowych akcji. Dzięki temu nasz klub pozbędzie się zadłużenia wobec większościowego akcjonariusza. Mówiąc wprost: nie zamierzam Lechii nic zabrać, a wręcz przeciwnie - dokonać oddłużenia poprzez konwersję (czyli zamianę pożyczek na akcje). Dzięki temu spółka będzie mogła przyszłe przychody inwestować w rozwój, a nie przeznaczać na spłatę starych zobowiązań" - napisał Kuchar w oświadczeniu.

- Wychodzi na to, że najprawdopodobniej Kuchar nie ma już akcji - mówi Benesz. 

Przeczytaj cały artykuł na stronie Dziennika Bałtyckiego

Źródło: Dziennik Bałtycki