Piotr Wiśniewski piłkarzem Lechii jest już 10. rok, ale przez ten czas nie zdobył z zespołem ani jednego trofeum czytamy w trojmiasto.sport.pl.

Podobnie zresztą jak 99,99 procent zawodników, którzy kiedykolwiek grali w biało-zielonych barwach. - Moja kariera zmierza ku końcowi, takiej okazji na zdobycie Pucharu Polski jak w tym sezonie mogę już nie mieć - mówi pomocnik gdańskiego zespołu.

Lechia w niemal 70-letniej historii wywalczyła tylko dwa trofea, i to w ciągu nieco ponad miesiąca - latem 1983 roku. Najpierw w czerwcu Puchar Polski, potem w lipcu Superpuchar. Na liście chwały w sumie znalazło się nieco ponad 20 zawodników, setki piłkarzy, którzy grali w biało-zielonych barwach przed nimi oraz po nich, nigdy nie wywalczyło żadnego trofeum.

Teraz nadarza się wspaniała okazja, gdyż Lechia jest już w ćwierćfinale, gdzie zmierzy się z Jagiellonią. Pierwszy mecz rozegrany zostanie w najbliższą środę w Białymstoku (godz. 18.30), rewanż 25 marca w Gdańsku. Gdyby udało się wyeliminować zespół Piotra Stokowca, w półfinale czekałby lepszy z pary Zawisza Bydgoszcz - Górnik Zabrze, a w ewentualnym finale ktoś z czwórki Zagłębie Lubin, Arka Gdynia, Sandecja Nowy Sącz i Miedź Legnica. Szansa na zdobycie Pucharu Polski jest więc niepowtarzalna, ale podobnie myślą pewnie w pozostałych siedmiu klubach.

- Czujemy tę ogromną szansę, jaka się pojawiła, z pewnością każdy chciałby zdobyć ten puchar - podkreśla Wiśniewski w rozmowie z trojmiasto.sport.pl. - Mnie szczególnie się to marzy. Jestem już w Lechii bardzo długo, a moja kariera powoli zmierza ku końcowi. Może jeszcze parę lat uda się pograć, ale takiej okazji na podniesienie do góry Pucharu Polski mogę już nie mieć. Fajnie byłoby go wywalczyć i rozpocząć jakąś nową erę w Lechii - zaznacza wychowanek Wierzycy Starogard.

Nie ma jednak wątpliwości, że aby podjąć wyrównaną walkę z Jagiellonią, biało-zieloni muszą zagrać lepiej, a przede wszystkim skuteczniej niż w ostatnim ligowym meczu z Koroną Kielce (porażka 0:1). Szczególnie pierwsza połowa była w wykonaniu Lechii niezła, a pierwsze skrzypce grał w niej właśnie Wiśniewski.

- Szkoda, że do przerwy nic nam nie wpadło, bo mieliśmy sporą przewagę. Żałuję, że piłka po moim uderzeniu z rzutu wolnego trafiła w poprzeczkę. Gdybym przymierzył trochę precyzyjniej grałoby się nam łatwiej - przyznaje pomocnik Lechii. - Ostatnio dużo trenuję stałe fragmenty gry - czy to na wprost bramki, czy to z bocznych sektorów z boiska. Trener Probierz kładzie na to naprawdę duży nacisk. Wcześniej raczej nie byłem pierwszy do wykonywania rzutów wolnych, ale ostatnio mocno nad tym pracuję i na treningach wygląda to obiecująco. Oby przełożyło się to na bramki - podkreśla Wiśniewski, który nie ma pojęcia, co stało się z zespołem Lechii w drugiej połowie meczu z Koroną.

- Nie jestem w stanie tego wytłumaczyć. Korona wyszła nabuzowana, zepchnęła nas do defensywy, zaczęliśmy się gubić. Chcieliśmy kontynuować taką grę jak w pierwszej połowie, kiedy mieliśmy przewagę w środku pola i stwarzaliśmy sytuacje pod bramką rywala. Jednak Korona narzuciła nam swój styl, czyli kopanie do przodu i walkę, no i była w tej rąbance skuteczniejsza. Nie da się ukryć, że druga połowa była w naszym wykonaniu dramatyczna. Nie zdarza się nam to po raz pierwszy, pamiętam, że bardzo podobny przebieg miał mecz z Górnikiem w Zabrzu. Tyle że wówczas udało się nam zremisować - podsumowuje "Wiśnia".

Źródło: trojmiasto.sport.pl