Przyglądając się kadrze Lechii, mając na względzie umiejętności występujących w drużynie zawodników, widać wyraźnie, że gdański zespół to wciąż ta sama Lechia.

Lechia, która od lat jest zespołem środka tabeli - zbyt słabym, by móc bić się o podium, ale o zbyt dużym piłkarskim potencjale, by musieć drżeć o zachowanie ligowego bytu - pisze Konrad Marciński z trojmiasto.sport.pl

Nie będę ukrywał. Sam dałem się porwać fali entuzjazmu i zachwytów nad Lechią po spotkaniu z Barceloną, sam oczami wyobraźni już widziałem gdański zespół na tronie ekstraklasy, kiedy na początku rozgrywek biało-zieloni usiedli w fotelu lidera, sam wierzyłem, że po dwóch bramkach w swoim pierwszym meczu w barwach Lechii Daisuke Matsui rzuci do swych stóp całą polską ligę. Ale też sam zaczerpnąłem z pokładów krytykanctwa, kiedy lechiści koncertowo partolili ostatnie swoje mecze z klęską 1:4 z Widzewem Łódź i obsztorcowałem ich od stóp do głów.

Gdy jednak spojrzałem z dystansem na fantastyczny początek sezonu i fatalne ostatnie kolejki, to wypada mi stwierdzić, że zarówno pochwalne peany, jak i potępianie w czambuł biało-zielonych były i są mocno nad wyrost. Lechia nie jest bowiem ani tak wybitna, jak pokazywała to na starcie ekstraklasy, ani nie jest tak dramatycznie słaba, jakby wskazywały na to wyniki ostatnich spotkań z Wisłą Kraków, Koroną Kielce czy Widzewem.

Bo czy z pełnym przekonaniem można było liczyć, że Paweł Buzała będzie co kolejkę strzelał bramki? Raczej nie. Ale z drugiej strony Buzała nie jest takim piłkarzem, który nie będzie już w stanie w tym sezonie ani razu pokonać bramkarza rywali. Czy jest realna podstawa, by sądzić, że Jarosław Bieniuk i koledzy z obrony co tydzień będą sadzić takie "babole" jak ostatnio w Łodzi? Wątpię. Wierzę, że potrafią wyciągać wnioski ze swoich błędów i część z nich skutecznie wyeliminować.

Przyglądając się kadrze Lechii, mając na względzie umiejętności występujących w drużynie zawodników, widać wyraźnie, że gdański zespół to wciąż ta sama Lechia. Lechia, która od lat jest zespołem środka tabeli - zbyt słabym, by móc bić się o podium, ale o zbyt dużym piłkarskim potencjale, by musieć drżeć o zachowanie ligowego bytu. Przecież podobne świetne okresy biało-zieloni mieli czy to za trenera Tomasza Kafarskiego, czy trenera Bogusława Kaczmarka. I również za kadencji tych szkoleniowców Lechii zdarzało się grać taki piach, że całkiem zasadnym wydawało się pytanie, czy występujący w niej piłkarze zasługują na grę na boiskach ekstraklasy. Gdański zespół wciąż cierpi na te same przypadłości, które trawią go od dłuższego czasu. Kłopot z lewą obroną, niezadowalająca skuteczność graczy ofensywnych, utrata bramek w końcówkach spotkań. Niezaleczona choroba z początkosezonowego stanu remisji teraz przeszła w stan ostry. Ale zupełnie nie ma podstaw ku temu, by orzekać o niej, że jest śmiertelną.

Uważam, że obecna ostra krytyka gdańskiej drużyny, jej piłkarzy i trenera nie jest do końca adekwatna. Po prostu obecne miejsce gdańszczan w tabeli jest wypadkową umiejętności jej piłkarzy, którzy przecież nie są ani futbolowymi geniuszami, ani całkowitymi patałachami.

Oczywiście nie należy udawać, że w grze Lechii nic się nie stało i nie wymagać od Probierza i jego piłkarzy poprawy błędów. Trener biało-zielonych jak mantrę powtarza, że jego zespół cały czas się uczy, gromadzi wnioski, zbiera materiał do analizy, a niewygrane mecze traktuje jako lekcje poglądowe dla młodych piłkarzy. Pora więc najwyższa, by z tej wiedzy jego podopieczni zaczęli korzystać.

Piłkarskie mleko, które ostatnio się biało-zielonym wylało, nie jest warte tego, by nad nim ciągle biadolić. Dlatego nie zamierzam już więcej wyliczać lechistom serii meczów bez wygranej, wypominać gdańskim napastnikom liczby minut bez zdobytej bramki, a obrońcom tego, ile bramek rywale zdobyli po ich błędach. Wolę dołączyć do grona tych spod znaku hasła "Lechio, nic się nie stało".

Chcę wierzyć, że wahadło, które rozbujane przez Lechię na początku sezonu teraz gwałtownie odbiło w drugą stronę, wreszcie wyhamowało. I że zacznie nabierać rozpędu w tę właściwą w stronę. Że w nadchodzącym meczu z Lechem Poznań znów zobaczę solidny zespół, niegrający ani ponad, ani poniżej swoich możliwości. Bo żeby pokonać "Kolejorza", naprawdę nie trzeba wznosić się na wyżyny.

Źródło: trojmiasto.sport.pl