lechia

Jestem jeszcze cały czas rozdrażniony fatalnym meczem z Cracovią. Martwi mnie, że zaczyna się powtarzać scenariusz sprzed roku.

Choć zazwyczaj przecież piłkarze, nas – kibiców Lechii, nie rozpieszczali porywającą grą, ja znowu - po dobrej jesieni - uwierzyłem, że będzie super i moja Lechia osiągnie prawdziwy sukces. Mówiąc sukces, mam na myśli choćby takie sukcesy jakich doświadczyły w swej historii kluby z takich metropolii jak Grodzisk Wielkopolski, Wronki czy Lubin.

Od kiedy zacząłem być kibicem Lechii, mój klub przeżywał kolejne upokorzenia, pętał się po ogonach drugoligowych tabel i przegrywał 0:1 z Szombierkami Bytom. Bywało jeszcze gorzej po nieudanej fuzji z Olimpią Poznań (byłem wtedy zbyt młody i głupi, żeby skumać że fuzje to zaprzeczenie sportu i kibicowania). Po fuzji było znowu gorzej i gorzej, i co jeszcze gorsze człowiek tracił serce do kolejnych mutacji typu Lechia-Polonia. Chodził, bo chodził i tyle. Czasami (choć i to rzadko) trafiła się chociaż jakaś awantura na meczu…

A potem przyszło prawdziwe katharsis – nowa, ewidentnie nasza Lechia od A-klasy. Choć rywale z Objazdy czy Gardei to nie piłkarscy potentaci, jechało się w różne zakątki województwa z prawdziwą radością – raduje się serce, raduje się dusza…

A teraz ekstraklasa… Tylko niepoprawny fanatyczny optymista przewidziałby wtedy taki obrót sprawy (chociaż ja takim byłem i przewidziałem).

A jednak… Tak jak wspomniałem na wstępie, kolejny już raz, rok po roku, mój apetyt zostaje rozbuchany do niebotycznych rozmiarów: widzę się już na finale w Bydgoszczy, chcę pojechać do Gruzji czy innej Armenii kibicować mojej Lechii w kwalifikacjach do europejskich pucharów.

Wszystko wskazuje na to, że znowu nie pojadę. Pierwszy mecz półfinału Pucharu Polski w dupę, w lidze znowu padaka – dobrze będzie jak się zmieszczą w pierwszej ósemce.

Ale chwila! Wierzyłem w Lechię jak przegrywała z Szombierkami, dziesięć lat później nie traciłem nadziei po meczu z Polanką Rokocin rozegranym w Starogardzie, a teraz mam przejść obok PÓŁFINAŁU PUCHARU POLSKI??? Nie ma bata – ostatnią taką szanse pojechania na mecz tej rangi na wyjeździe mieli ci, którzy chodzili na Lechię w latach 80-tych…

Załatwiać urlopy, kręcić lewe zwolnienia, iść na wagary! Zapisywać się u Kozy na bilety i transport. Jedziemy wszyscy do Warszawy, tam Lechia gra historyczny mecz, który da jej przepustkę do wielkiego finału w Bydgoszczy!

A co jak Lechia przegra przy Łazienkowskiej? Nic. Przegrała z Szombierkami, zremisowała z Polanką Rokocin, to i może przegrać z Legią. Przecież gdybym miał ją kochać za sukcesy i zwycięstwa, to bym jej nie pokochał nigdy.

Lechia rzadko odwzajemnia uczucia kibiców - na tym chyba polega jej tajemniczy urok.

Autor prosił o zachowanie anonimowości.