Nie było dziewiątego meczu Lechii Gdańsk bez porażki.

Podopieczni Michała Probierza przegrali z Wisłą w Krakowie 0:3, prawie całą drugą połowę grając w dziesiątkę.

Lechiści długo wchodzili w mecz, bo do 20. minuty to Wisła prowadziła grę. Kilka szybkich akcji podopiecznych Franciszka Smudy zaowocowało jednak tym, że wiślacy złapali zadyszkę i musieli oddać pole Lechii. Biało-zieloni skwapliwie skorzystali z kryzysu rywali i przenieśli ciężar prowadzenia gry na połowę Wisły. Ich akcje były coraz bardziej składne - gracze Probierza potrafili dłużej utrzymać się przy piłce pod polem karnym Wisły i wymienić w tej strefie kilka celnych, szybkich podań. Brakowało jednak tego ostatniego, które otworzyłoby drogę na wprost bramki Pawłowi Buzale, który non stop lawirował między Arkadiuszem Głowackim a Osmanem Chavezem, starając się rozrzedzić linię defensywną Wisły.

Oprócz dokładności w rozegraniu piłki przed bramką Michała Miśkiewicza Lechii brakowało również celnych strzałów. Dość powiedzieć, że w pierwszych 45 minutach groźnie piłkę w kierunku bramki skierował Piotr Wiśniewski. Skierował, gdyż jego uderzenie z 11. minuty po samotnym rajdzie przez pół boiska było zbyt lekkie, by mogło wyrządzić krzywdę gospodarzom.

Zobacz raport meczowy [Wisła Kraków-Lechia Gdańsk 3:0]

Krakowianie po złapaniu oddechu w końcówce pierwszej połowy zaczęli się odgryzać akcjami oskrzydlającymi. W 29. minucie kąśliwie sprzed pola karnego uderzał Łukasz Burliga, ale Sebastian Małkowski nie dał się zaskoczyć. Czujnością bramkarz Lechii popisał się również w 35. minucie, kiedy końcami palców odbił piłkę po płaskim strzale z rzutu wolnego Donalda Guerriera.

Za trzecim razem, w 40. minucie, wiślakom udało się umieścić piłkę w bramce za sprawą Patryka Małeckiego. Skrzydłowy Wisły otrzymał dobre podanie od Pawła Brożka, ale trafił wprost w Łukasza Gargułę. Gdy odbita piłka wróciła do Małeckiego i za drugim razem wbił ją do bramki, asystent sędziego wskazał pozycję spaloną.

W drugiej połowie lechiści nie zamierzali spasować i ruszyli na rywali wysokim pressingiem. I byli bliscy zdobycia gola. W 54. minucie po fatalnym wybiciu piłki przez Guerriera ta trafiła na 30. metr pod nogi Piotra Grzelczaka. Skrzydłowy Lechii bez zastanowienia uderzył na bramkę Miśkiewicza i tylko kocia zwinność golkipera Wisły pozwoliła mu obronić ten strzał

Zwinności i wyobraźni zabrakło za to trzy minuty później Przemysławowi Frankowskiemu, który dość nieprzemyślanym wślizgiem z wysoko uniesioną nogą zaatakował Guerriera, za co zobaczył czerwoną kartkę. Już wtedy było wiadomo, że z marzeń o wygranej nic nie zastało, a głównym zadaniem lechistów stało się obronienie bezbramkowego remisu. Gdańszczanie wytrwali jednak tylko 13 minut. W 70. minucie pierwszy cios w zmiękczone podbrzusze Lechii wyprowadził Michał Chrapek, który wykorzystał wzorową akcję Brożka i Rafała Boguskiego i z pięciu metrów trafił do siatki Lechii.

Sześć minut później było już 2:0 dla Wisły. Tym razem w roli głównej wystąpił Brożek, który po podaniu w polu karnym od Burligi jednym zwodem minął i Jarosława Bieniuka, i Małkowskiego, i z bliska wturlał piłkę do pustej już bramki Lechii.

W ostatnich minutach meczu lechiści starali się chociaż o gola honorowego, ale możliwości wystarczyło im na zaledwie kilka niegroźnych i lekkich strzałów Buzały i wprowadzonego w końcówce Patryka Tuszyńskiego. Zamiast doprowadzić do rezultatu 1:2, gdańszczanie postarali się o bramkę dla Wisły. Po serii błędów i niedokładności defensywy biało-zielonych w dogodnej sytuacji przed Małkowskim z piłką znalazł się ponownie Brożek i delikatną podcinką ustalił wynik meczu, kładąc Lechię na łopatki.

Źródło: trojmiasto.sport.pl