Lechia Gdańsk pod wodzą trenera Michała Probierza w dziewięciu kolejkach T-Mobile Ekstraklasy zdobyła 14 pkt, strzeliła 12 goli, wygrała trzy mecze.

Według powszechnej opinii zespół gra lepiej niż w poprzednim sezonie, ale - co zakrawa na paradoks - na tym samym etapie rozgrywek ma mniej punktów, bramek i zwycięstw niż ekipa Bogusława Kaczmarka w sezonie 2012/13!

Od kiedy Lechię przejął trener Probierz, gdański zespół chwalony jest za wypracowanie własnego stylu i grę ładną dla oka. Drużyna zaliczyła najlepszy start w historii klubu, nie przegrywając ośmiu kolejnych meczów od początku sezonu. Przez moment - po raz pierwszy od 18 lat - była też liderem tabeli ekstraklasy. Nowy szkoleniowiec odważnie wprowadza do składu juniorów - dwaj 18-latkowie Paweł Dawidowicz i Przemysław Frankowski - to absolutnie podstawowi zawodnicy zespołu, a ten pierwszy stał się największym odkryciem początku sezonu. Swoje szanse dostają też mało doświadczony Maciej Kostrzewa (22 lata) oraz 19-letni Wojciech Zyska.

Kilku piłkarzy osiągnęło przy Probierzu życiową formę (Paweł Buzała, Piotr Grzelczak, jeszcze lepszy niż w poprzednim sezonie Deleu), a Jarosław Bieniuk i Sebastian Madera stali się jednym z najlepszych (jeśli nie najlepszym) duetów środkowych obrońców w całej ekstraklasie.

Piłkarze są zadowoleni ze współpracy z Probierzem, choć ten często "dokręca im śrubę" - wielu zawodników zwierzało się po okresie przygotowawczym, że tak ciężko jeszcze nigdy nie pracowali. Z drugiej strony chwalą sobie, że nowy szkoleniowiec wniósł do klubu powiew profesjonalizmu. Wszystko wewnątrz i wokół pierwszego zespołu zorganizowane jest perfekcyjnie, z czym wcześniej bywało różnie.

Lechia po dobrym początku sezonu zaczęła więc być postrzegana jako nowa siła T-Mobile Ekstraklasy. Niektórzy widzą ją wśród kandydatów do walki o europejskie puchary, co cały czas jest jak najbardziej prawdopodobne. Przy tych wszystkich pochwałach na paradoks zakrawa fakt, że na tym samym etapie rozgrywek w sezonie 2012/13 ekipa prowadzona wówczas przez Bogusława Kaczmarka miała więcej punktów (15), strzelonych goli (14) oraz zwycięstw (pięć)! Tylko pod względem bramek straconych była minimalnie gorsza (11 wobec 10 w obecnych rozgrywkach). Pamiętając styl gry tamtego zespołu, aż wierzyć się nie chce, że zwyczajnie był on skuteczniejszy.

- Kiedyś już mnie podrzucali w Białymstoku, tylko potem zapomnieli złapać. Dlatego do wszystkich pochwał podchodzę z rezerwą - powtarzał trener Probierz, kiedy zewsząd kierowane były w jego stronę komplementy. On chyba jako jedyny zachował w tej całej euforii chłodną głowę, wiedząc, jak przewrotnie los potrafi traktować trenerów. Idealnie objawiło się to w ostatnich tygodniach. Gdyby Lechia dowiozła do końca prowadzenie w meczu z Pogonią Szczecin (utrata bramki w doliczonym czasie gry), wygrała mecz z Zawiszą Bydgoszcz, w którym rywal przez cały mecz nie stworzył sam z siebie choć jednej sytuacji do zdobycia gola, a w meczu z Wisłą Kraków nie straciła w trakcie meczu Frankowskiego (chyba zbyt pochopna czerwona kartka), gdański zespół miałby dziś pięć albo nawet siedem punktów więcej. Lechia byłaby samodzielnym liderem, a Probierz - stosując użytą przez niego metaforę - fruwałby na wysokości dachu PGE Areny.

To jednak zbyt wielkie uproszczenie, bo nie da się ukryć, że Lechia gra w ostatnich kolejkach słabiej niż na początku sezonu (trzy punkty w czterech meczach). Zresztą rywale też nie śpią i już wiedzą, gdzie są najbardziej czułe punkty gdańskiej drużyny. Sam Probierz z pewnością zdaje sobie z tego sprawę, na pewno ma też świadomość braków, jakie posiada prowadzony przez niego zespół. Na razie musi wyciągnąć go z małego dołka, w który wpadł (najbliższy mecz w poniedziałek z Koroną Kielce), a potem spróbować wydobyć z niego kolejne rezerwy. Na początku sezonu udowodnił, że potrafi to robić.

Źródło: trojmiasto.sport.pl