Udało się. Lechia Gdańsk utrzymała się w Ekstraklasie. Uczyniła to dosyć pewnie, chociaż przez dużą część sezonu Biało-Zieloni balansowali na cienkiej linie. Pora wskazać, co w zakończonych rozgrywkach funkcjonowało, a nad czym muszą popracować John Carver i spółka, żeby uniknąć podobnych nerwów w nadchodzącej kampanii.
Minus: Zespół na 70 minut
Trudno w to uwierzyć, ale gdyby mecze piłkarskie trwały 70 minut, Lechia prawdopodobnie byłaby na miejscach pucharowych. Już na samym starcie sezonu 2024/2025 Biało-Zieloni pokazali, że mają problem z utrzymywaniem prowadzenia i w końcówkach spotkań gasną. Z biegiem czasu nie było lepiej, a ta bolączka ujawniała się nawet podczas bardzo dobrej rundy wiosennej, gdy Lechiści wypuszczali z rąk prowadzenie w starciach z Górnikiem, Legią czy nawet w ostatniej kolejce przeciwko GKS-owi Katowice. Intensywny styl gry, jaki obrali gdańszczanie, zbyt często obracał się przeciwko nim i zwyczajnie nie mieli sił na dobre finisze.
Plus: Budowanie charakteru
O ile Lechia dała się poznać jako ekipa, która często wypuszcza z rąk zwycięstwa, tak w końcówce sezonu Biało-Zieloni kilkukrotnie pokazali charakter. Zaczęło się od poniedziałkowego cudu z 14 kwietnia, jakim było wyjście z 0:2 na 3:2 w meczu ze Stalą Mielec. Później udało się wygrać z Koroną dzięki bramce w 90. minucie i wyciągnąć remis w starciu z Pogonią w doliczonym czasie. Takich momentów brakowało w pierwszej połowie rozgrywek, a na wiosnę były kamieniami milowymi walki o utrzymanie. John Carver wielokrotnie podkreślał, że prowadzi młodą grupę zawodników, która musi zbudować charakter do walki. Jak widać po wynikach, często wyszarpanych w dramatycznych okolicznościach, ten cel udało się zrealizować.

Minus: Obrona niczym ser szwajcarski
Tylko dwa zespoły Ekstraklasy straciły w zakończonych rozgrywkach więcej lub tyle samo goli co Lechia (Motor - 59, Puszcza - 63). Praktycznie każdy obrońca Biało-Zielonych może pochwalić się przynajmniej jedną poważną wpadką z tyłu. Patrząc na poczynania Bujara Pllany, Eliasa Olssona, Loupa-Diwana Gueho i innych często można było odnieść wrażenie, że mieliby problem z powstrzymaniem drużyny 5-latków. To, że w końcówce sezonu udało się popełniać mniej błędów, nie znaczy, że problem zniknął. W dodatku zakaz transferowy sprawia, że trudno się spodziewać roszad personalnych w tej kluczowej formacji. Oby to nie zwiastowało powtórki z rozrywki.
Plus: Bohaterowie nieoczywiści
Bardzo często w zakończonym sezonie Lechii pomagali zawodnicy, którzy nie pchają się na pierwszy plan. Miejsce w bramce zaklepał sobie Szymon Weirauch, Dominik Piła w pewnym momencie wyglądał jak kandydat do gry w reprezentacji. W końcówce rozgrywek Kacper Sezonienko przypomniał o swoim talencie do zdobywania ważnych bramek i nawet Michał Głogowski zdobył premierowe trafienie w elicie. W Gdańsku udało się zebrać grupę piłkarzy, z których prawie każdy może zaskoczyć w najmniej spodziewanym momencie. To była wielka siła Biało-Zielonych, którzy co chwilę przypominali kibicom, że w piłce nożnej najpiękniejsze są właśnie niespodziewane momenty.
Minus: Sabotaż z góry
Biało-Zieloni musieli w minionej kampanii mierzyć się nie tylko z przeciwnikami na boisku, ale również kłodami, jakie pod nogi rzucała im struktura organizacyjna klubu. Co chwilę mogliśmy czytać o opóźnieniach w wypłatach, a przy okazji PZPN dwukrotnie zawieszał Lechii licencję na grę w Ekstraklasie. To cud, że mimo tych przeciwności piłkarze byli w stanie wywalczyć utrzymanie. Teraz może być o to jeszcze trudniej, bowiem nowy sezon gdańszczanie rozpoczną z 5 ujemnymi punktami i zakazem transferowym. Paolo Urfer i spółka powinni zrobić wszystko, by tym razem kibice w trosce o przyszłość ukochanej drużyny nie obgryzali paznokci każdego dnia.
Plus: John Carver
Szymon Grabowski wprowadził Lechię do Ekstraklasy, ale mimo wysiłku, jaki wkładał w pracę w Gdańsku, coś nie funkcjonowało w grze Biało-Zielonych. Po porażce z Pogonią Szczecin szkoleniowiec został zwolniony, a później ogłoszono, że misji utrzymanie klubu w elicie podejmie się John Carver. Anglik od razu zaczął zarażać wszystkich optymizmem i odważnym spojrzeniem na piłkę nożną, a co więcej poszły za tym wyniki. Pod jego wodzą prawie każdy Lechista zrobił progres w grze, a kibice znów mogli poczuć się dumni z postawy swoich ulubieńców. Nic dziwnego, że wieść o podpisaniu przez Carvera nowej, trzyletniej umowy, została przyjęta z ogromnym entuzjazmem.
Minus: Wąska ławka
O ile pierwsza jedenastka Lechii prezentowała się bardzo dobrze na tle Ekstraklasy, tak ławka rezerwowych rzadko zapewniała potrzebną jakość. Żelaznymi zmiennikami byli Anton Tsarenko, Tomasz Neugebauer czy Kacper Sezonienko. Oprócz nich pojawiali się na boisku również inni zawodnicy, ale ich wpływ na grę zespołu był marginalny. Tacy gracze jak Louis D'Arrigo czy Karl Wendt nie byli wykorzystywani prawie w ogóle. Jeżeli Lechia chce zacząć walkę o wyższe cele, musi uzupełnić kadrę o nazwiska, które będą gwarantowały wartościowe minuty. Zmiany są przecież po to, żeby poprawiać grę drużyny, a nie ją osłabiać.
Plus: Ofensywna różnorodność
Tym, co mogło się podobać w grze Lechii, była bezkompromisowość, z jaką Biało-Zieloni ruszali na rywali. Camilo Mena rozmontowywał przeciwne linie obrony wspaniałymi dryblingami, Maks Chłań nie bał się starć z potężniejszymi zawodnikami, a Bogdan Wjunnyk i Tomasz Bobcek współpracowali i potrafili wykorzystywać swoje szanse. Jeśli dodać do tego przebłyski Iwana Żelizki, Antona Tsarenki czy Tomasza Neugebauera albo wspaniały przegląd pola Rifeta Kapicia, widać wyraźnie, że Lechiści stanowili bardzo ciekawie skonstruowany zespół. Szymon Grabowski i John Carver postawili na grę do przodu i nie ma w tym nic dziwnego. Ta grupa zawodników chyba nie zdzierżyłaby zachowawczego nastawienia.
źródło: własne
