Już w piątek mecz w ramach 32. kolejki T-Mobile Ekstraklasy, w którym Lechia zmierzy się na PGE Arenie z Wisłą Kraków. Przed tym spotkaniem rozmawialiśmy z Mateuszem Możdżeniem.

 

- Do zdobycia medalu droga daleka. Zostało sześć meczów, można powiedzieć, że takich małych finałów. Ścisk w tabeli jest spory. Jeśli wygrywasz, może cię to wywindować na czwartą pozycję premiowaną grą w pucharach. W przypadku porażki i niekorzystnych innych wyników możliwy jest spadek na ósmą lokatę. Wiadomo, że wyobraźnia działa i ludzie w Gdańsku liczą na puchary. My też, to jest jasne, ale nie chciałbym niczego obiecywać, bo to jest piłka nożna.

 

Po meczu w Szczecinie kibice krzyczeli w kierunku piłkarzy "gramy o mistrza".

 

- Tak, bardzo dobrze (śmiech). Ja tylko przypomnę, że po wygranej w przedsezonowym sparingu z Panathinaikosem kibice też krzyczeli podobnie, a potem było, jak było.

 

- Na pewno zwycięstwo w pierwszym meczu jest bardzo ważne, nieważne z kim się gra. Optymizm wlewa się sam, w szatni jest weselej i ludzie przychodzą do niej uśmiechnięci. Należy jednak pamiętać, że ostatnio po dobrych meczach dostawaliśmy "gongi", jak np. w Kielcach. Wtedy było nawet zbyt optymistycznie. Może dobrze, że te "dzwony" przyszły. Teraz nie można sobie pozwolić na porażkę, która sprawi, że spadniemy na odległe miejsce.

 

Dla Mateusza Możdżenia walka o najwyższe cele nie jest niczym nowym. Wszak będąc w Lechu co rok grał o mistrzostwo Polski.

 

- W Lechu cel zawsze jest jeden - mistrzostwo. Drugie miejsce traktowane jest w Poznaniu jako porażka. W Gdańsku nie ma takiej nagonki, choć przy kilku zwycięstwach z rzędu na pewno by się ona pojawiła. Wiadomo, chciałbym zdobyć kolejny medal, bo o czwartym miejscu nikt za kilka lat nie będzie pamiętał. Tylko brązowego mi brakuje. Teraz wolałbym zdobyć srebrny, albo nawet złoty, ale i brązowym nie pogardzę (śmiech).

 

 Historia spotkań z Wisłą Kraków

 

Od dłuższego czasu ciężko jest Mateuszowi wywalczyć miejsce w składzie na konkretnej pozycji. Raz gra jako prawy obrońca, raz jako defensywny pomocnik...

 

- W młodym wieku patrzyłem na to zupełnie inaczej. Przede wszystkim chciałem grać. Pod koniec sezonu zdarzały się kontuzje, pauzy za kartki i wówczas wskakiwałem do składu na różne pozycje. A z czasem, w moim wieku, czyli mając 23-24 lata, chciałbym mieć jednak określoną pozycję na boisku i grać na tej jednej. Nie jest to zbyt komfortowe. Przykładem jest tu choćby Dariusz Dudka, który we Francji grał na każdej pozycji w obronie, czy też jako defensywny pomocnik. Nie wiem jak on to odbiera, ale dla mnie jest to swego rodzaju dyskomfort.

 

- Nawet ostatnio w Szczecinie wystąpiłem na prawej pomocy, gdzie dłuższy czas już nie miałem okazji grać. Na treningach raczej też tam nie byłem ustawiany. A po dwudziestu minutach znowu zostałem przesunięty do obrony [na skutek kontuzji Grzegorza Wojtkowiaka - red.].

 

Powoli zbliża się też spotkanie z Lechem Poznań. Dla Mateusza dość szczególne.

 

- Oczywiście, że patrzę na wyniki Lecha i jestem w mniejszym lub większym kontakcie z chłopakami. Kawałek życia jednak tam spędziłem i to normalne, że śledzę, co się dzieje w Poznaniu. Jak na razie są głównym faworytem do zdobycia mistrzostwa, ale uważam, że ani Legia, ani Lech, nie wygrają wszystkich meczów do końca sezonu.

 

Na koniec jeszcze wracamy do meczu Cracovia - Lechia. Mateusz Możdżeń w przerwie spotkania w rozmowie z reporterem Canal+ stwierdził, że rzut karny dla gospodarzy był ewidentny, chociaż wszyscy uważali inaczej. Kibice mieli o to do niego lekki żal.

 

- Ja mówię, co widziałem na żywo. Byłem blisko tej sytuacji. To było moje odrzucie. Nie będę z siebie robił jakiegoś "oszukańca" i mówił, że jednak nie było faulu. Z mojej perspektywy wydawało się, że był i tyle. Gdyby udało nam się strzelić dwie bramki więcej i wygrać 4-3, to nikt by o tym nie mówił. 

Obserwuj autora na Twitterze