lechia

W piątkowym wydaniu Głosu Szczecińskiego został opublikowany wywiad ze „Śledziem” – kibicem Lechii, który odsiaduje wyrok w zakładzie karnym w Dobrowie.

Kibol, kibic? Kim pan jest?
- Od 23 lat jestem kibicem piłkarskim. W naszym gronie nie rozróżniamy tego na kibiców, kiboli, czy chuliganów. Zawsze się jest kibicem.

- Trafił Pan za kratki za chuligaństwo na stadionie?
- Pośrednio tak. Jest kilka artykułów, za które tu jestem, ale wszystkie wiążą się właśnie z tym. Między innymi jestem skazany za posiadanie broni bez zezwolenia, bójkę z policją czy próbe nielegalnego przekroczenia granicy, kiedy jechałem na mecz Schalke z Wisłą. Generalnie byłem chuliganem. Biłem się.

- Na ustawkach?
- Tak. To esencja wszystkiego.

- Sport i kibicowanie to było dla Pana za mało?
- To był mój sport. Popatrzmy na to, co dzieje się w ringach. Kilkanaście lat temu nikt nie przypuszczał, że KSW (Konfrontacja Sztuk Walki – dop. red.) się przyjmie. Że najwięksi celebryci będą siedzieć w pierwszym rzędzie i będą chcieli oglądać takie walki. Wydaje mi się, że wciąż będziemy chcieć więcej i za kilka lat będziemy w klatkach obserwować już po kilka walczących osób.

A jeśli ktoś nie potrzebuje dodatkowych bodźców? Oberwie przypadkowo?
- W ustawce nie bierze udziału nikt, kto nie chce. Tu nie można oberwać przypadkowo. Poza nią – tak. Pamiętam to na przykład z meczu Arka Gdynia – Śląsk Wrocław w 2002 roku. Przyjechaliśmy tam w tysiąc osób. Oberwały niewinne osoby, które stały przy trybunie. Tylko ja nigdy nawet nie próbowałem tego bronić.

- Ale tak się dzieje.
- To, co się stało w Bydgoszczy, to był jakiś nieszczęśliwy wypadek. Kibice z Poznania są sygnatariuszami tzw. paktu poznańskiego, który stara się wyciągnąć chuligaństwo ze stadionów na ustawki.

- Komu dziś Pan kibicuje?
- Ja jestem fanatykiem Gdańskiej Lechii, kocham Śląsk Wrocław, uwielbiam Wisłę Kraków.

- A gdyby Wisła walczyła ze Śląskiem?
- Nie ma mowy, żeby przyjaciele ze sobą walczyli. To grupa trzech zaprzyjaźnionych klubów.

- Dziś nie tylko odciął się Pan od chuliganerii, ale też robi Pan mnóstwo dobrego dla dzieci. Uczy je radości z kibicowania, pokazuje piękno sportu. Skąd ta przemiana?
- Pierwszy raz trafiłem za kratki w 1994 roku. Wyszedłem cztery lata później. Pracowałem na kutrach rybackich. W 2001 roku zacząłem pracę w Urzędzie Miejskim w Sopocie, a dokładnie w Sopockim Stowarzyszeniu Piłki Nożnej Sopocki Potok Kamionka. Nie zaprzestałem jednak chuligaństwa.

- Miał Pan dwie twarze. Tę poważną w pracy i tę… stadionową?
- Wciąż tak, choć powoli zaczynałem wierzyć, że mogę coś w życiu zmienić. I nie używać przy tym kija baseballowego czy noża. Potem zostałem oskarżony i trafiłem do więzienia.

- To skąd ta zmiana?
- Chodzi o moje córeczki. Kiedyś po bójce najmłodsza Wiktoria mnie zobaczyła i się wystraszyła. Miałem przekrwione oko, z jednej strony potężnie spuchniętą twarz. Prosiła, żebym się więcej nie bił.

- To przeważyło szalkę?
- Pomogło mi przewartościować wszystko. Niedawno byłem na przepustce. Trzy dni spędziłem z córeczkami, a jeden na wyjeździe, na meczu Lechii Gdańsk w Lubinie.

- I dziś nie poszedłby Pan na ustawkę?
- Na sto procent nie.

- Ale energia Panu została i koncentruje ją Pan na czymś innym. Można to nazwać propagowaniem zdrowego kibicowania.
- Ja jestem tylko koordynatorem. Za wszystkim stoją stowarzyszenia kibicowskie. One są symbolem przemiany, jaką przechodzą kibice. Kiedyś to było nie do pomyślenia, żeby działały. Był podział na tych, którzy się biją i tych, którzy się będą bić. I tak, kiedy przyjechałem do Dobrowa, zobaczyłem, że sporo się tu dzieje. Są turnieje, zjazdy motocyklistów. Poszedłem do wychowawcy, powiedziałem, że jestem kibicem i działaczem Lechii Gdańsk. Zapytałem, czy by się zgodził, żeby przyjechali do nas piłkarze. Chyba nie do końca wierzył, ale dziś mamy pamiątkowe zdjęcia i autografy. Był Mateusz Bąk, był Darek Gładyś. Później dyrektor umożliwił wybranym osadzonym wyjazdy na mecze. Do dziś byliśmy na dwudziestu. Dzięki Stowarzyszeniu Kibiców Lechii Gdańsk Lwy Północy pierwszy raz w historii polskiego więziennictwa zrobiliśmy tu pierwszy turniej rugby.

- Czym to jest dla osadzonych?
- Oderwaniem od codzienności. Ale też chłopaki, szczególnie ci młodsi zobaczą, że można w życiu robić coś innego. Niekoniecznie być tutaj.

- Zaczął Pan też uczyć dzieci kibicowania.
- Region koszaliński jest zdominowany przez kibiców Arki Gdynia. Gwardia Koszalin i Iskra Białogard to przyjaciele Arki. Pomyślałem, że można zabrać szkołę stąd do Gdańska na mecz. Pokazać inne drużyny. I tak w zeszłym roku Lwy Północy opłaciły przyjazd dzieci ze szkoły podstawowej w Sarbinowie na mecz z Widzewem Łódź. Chcieliśmy więcej. Dlatego później do Gdańska zaprosiliśmy dzieci ze szkoły w Karwinie. Wyprowadzały piłkarzy Lechii i Wisły na stadion. Dzieci dostały flagi, pobiegły dookoła stadionu.
Podjęliśmy kolejne wyzwanie – chcieliśmy zorganizować dzieciakom z obu szkół wyjazd w Polskę. Zaangażowaliśmy stowarzyszenie kibiców Śląska Wrocław i jedziemy na mecze do Wrocławia i Krakowa (dzieci wyjechały w ubiegłym tygodniu – dop. red.). Śląsk gra z Lechią mecz przyjaźni, a Wisła gra z Podbeskidziem Bielsko Biała. Przy okazji dzieciaki zwiedzą Wrocław i Kraków.

- Opowie im Pan, jak był chuliganem?
- Jeśli zapytają. Biorę udział w spotkaniach z młodzieżą, które przygotowuje psycholog, więc wiem już jak to wygląda.

- O co pytają?
- Jak jest w więzieniu, jakie są warunki, za co siedzę. Też o rodzinę, czy tęsknię.

- Wierzy Pan, że możliwe jest pojednanie między kibicami?
- Nie. Śmierć papieża to pokazała.

- Więc co robić?
- Uczyć dzieciaki. A tym, którzy dziś się biją? Najlepiej ich zostawić. Nasze pokolenie zaczyna z tego wyrastać.

- A zamykanie stadionów?
- Cóż, pana Donalda miałem okazję poznać osobiście. Mieszkałem 20 metrów od niego. Grałem z nim w piłkę. Darzyłem go sympatią. Ale nie można powiedzieć 17 tys. ludzi, że nie przyjdą na mecz bo jest wśród nich 300 chuliganów.

- Tylko?
- Wyłowić tych, którzy są za to odpowiedzialni. Po to aparat państwowy ma pieniądze, żeby nie stosować odpowiedzialności zbiorowej. Tym pan Donald strzelił sobie samobója.

- Kiedy pan wyjdzie?
- Koniec odsiadki mam na marzec 2015 roku.

- A jak pan wyjdzie i zobaczy na meczu bójkę?
- Już widziałem. I nic. Co innego jednak honor i obrona dobrego imienia miasta, w którym się mieszka. Gdyby nas wywołali… Nie wyobrażam sobie, żebym nie wyszedł, a któryś z moich braci by zginął. Nie mógłbym sobie spojrzeć w twarz.

Źródło: Głos Szczeciński / gk24.pl