W meczu ze Śląskiem Wrocław jak w soczewce skupiły się problemy, które trawią Lechię Gdańsk w całej pierwszej rundzie tego sezonu zauważają dziennikarze trojmiasto.sport.pl

Oto siedem grzechów głównych gdańskiej drużyny na półmetku pierwszego etapu rozgrywek ekstraklasy.

Nieutrzymywanie prowadzenia

Mecz ze Śląskiem dla Lechii ułożył się idealnie. Gdańszczanie nie dali sobie wbić gola w pierwszej połowie, a na początku drugiej po fantastycznym strzale wolejem Piotra Grzelczaka wyszli na prowadzenie. Wynik 1:0 to dla większości zespołów ekstraklasy duży atut, który pozwala nabrać pewności i luzu w grze. Ale nie dla Lechii. Gdańszczanie nijak nie mogą wykorzystać faktu, że posiadają korzystny rezultat i rzadko kiedy potrafią go utrzymać do końca. Dość powiedzieć, że z dziesięciu meczów, w których biało-zieloni jako pierwsi strzelali bramkę, tylko w czterech przypadkach udawało im się rozstrzygnąć mecz na swoją korzyść (w spotkaniach z Jagiellonią Białystok, Cracovią, Legią Warszawa i Zagłębiem Lubin). W pozostałych, w tym także ze Śląskiem, gracze Michała Probierza nie byli w stanie przekuć dogodnego wyniku, jaki wypracowywali sobie w trakcie meczu, na końcowy sukces.

Lechia Gdańsk

Brak zwycięstw u siebie

- Chcemy stworzyć na PGE Arenie prawdziwe piekło. Tak, by rywale już więcej nie przyjeżdżali do Gdańska jak po swoje - mówił Probierz tuż po rozpoczęciu swojej pracy w Gdańskim klubie. I co? I na słowach się skończyło, bo jak biało-zieloni nie wygrywali na własnym stadionie, tak nie wygrywają nadal. W ośmiu meczach przed własną publicznością lechiści triumfowali tylko dwa razy - z Jagiellonią i Cracovią. Ta przypadłość Lechii to pochodna grzechu pierwszego, bo przecież w spotkaniach z Podbeskidziem Bielsko-Biała, Zawiszą Bydgoszcz, Lechem Poznań czy Śląskiem wygrana była dla gdańszczan na wyciągnięcie ręki. A jednak się nie udało. Domowe porażki bolą najbardziej, bo działają niezwykle destrukcyjnie na morale zespołu i zmniejszają zaufanie do piłkarzy u własnych kibiców. Brak zwycięstw u siebie powoduje też, że Lechia nie jest w stanie przyciągnąć na swoje mecze większej liczby swoich sympatyków. Nie ma zresztą się czemu dziwić. Na dłuższą metę nikt z fanów biało-zielonych nie wytrzyma przecież ciągłego uczucia zawodu po wyjściu z PGE Areny...

Bez wystarczającej determinacji

Niektórych przegranych bądź zremisowanych meczów Lechia mogłaby uniknąć, gdyby z jej piłkarzy tak szybko nie uchodziło powietrze przy najdrobniejszym ukłuciu. Dopóki Lechia miała w garści w miarę korzystny rezultat (bezbramkowy remis lub minimalne prowadzenie), wówczas wszystko było jeszcze w miarę w porządku. Problemy zaczynały się wtedy, kiedy rywale strzelali bramkę. Wtedy koncepcja gry lechistów obracała się w perzynę, a wiara w to, że uda się odwrócić losy meczu, ulatywała niczym kamfora. Tak było chociażby w spotkaniach z Lechem czy Widzewem Łódź, a także Śląskiem. Charakter i determinację biało-zieloni tak naprawdę pokazali tylko raz, kiedy w meczu z Koroną Kielce zebrali się do kupy i ze stanu 0:2, w ciągu kilkunastu minut, doprowadzili do remisu 2:2. Ale na to, by "dać z wątroby" i w drugiej połowie strzelić trzecią bramkę, zabrakło już siły woli. Nie da się ukryć, że kiedy zespół jest w kryzysie, a Lechia od dobrych dwóch miesięcy się w nim znajduje, to tym, co może dać pozytywny impuls zespołowi, jest właśnie osławiona "jazda na tyłkach". Wydaje się, że tego poświęcenia poszczególnym piłkarzom w pewnych momentach brakuje.

Lechia Gdańsk

Błędy w defensywie

To, co było bolączką biało-zielonych w rundzie wiosennej ubiegłego sezonu, daje o sobie znać także jesienią obecnych rozgrywek. U gdańszczan w dalszym ciągu szwankuje organizacja gry w defensywie, począwszy od asekuracji, "kryciu na radar", na prostych stratach pod własnym polem karnym kończąc. Unaocznił to niedzielny mecz ze Śląskiem, kiedy po dwóch rzutach rożnych w polu bramkowym Lechii znaleźli się kompletnie niepilnowani Adam Kokoszka i Rafał Grodzicki i nie mieli najmniejszych problemów ze skierowaniem piłki do bramki. Ale błędów z piłkarskiego elementarza Lechia popełniła w meczu ze Śląskiem więcej. Christopher Oualembo ma szczęście, że w dwóch dogodnych sytuacjach Marco Paixao minimalnie chybił, bo jego gapiostwo kosztowałoby Lechię następne dwa gole. A takich piłkarskich niedoróbek w poczynaniach obronnych Lechii w innych spotkaniach było niestety znacznie więcej. Owszem, piłka nożna jest grą błędów, ale gdańszczanie robią ich stanowczo za dużo i są one zbyt rażące, by móc przejść nad nimi do porządku dziennego. W dodatku są też zbyt kosztowne, bo pomyłek w grze defensywnej nie jest w stanie zniwelować skuteczność działań ofensywnych Lechii. I tu pojawia się grzech piąty.

Posucha w ataku

W 15 meczach gdańszczanie strzelili 20 goli, czyli nieco mniej niż 1,5 bramki na mecz. Nie jest to najgorszy wynik, ale nie jest też powodem do zadowolenia. Przede wszystkim dlatego, że lechiści mieli znacznie więcej okazji do tego, by licznik trafień poprawić o kolejne 10 bramek. Przy 193 oddanych strzałach w 15 spotkaniach w światło bramki powędrowało tylko 68, zatem skuteczność strzałów graczy Lechii oscyluje w granicach 35 procent. Gdyby biało-zielonym udało się podnieść tę wartość chociaż o pięć procent, wtedy i powodów do narzekań na temat marnowanych przez graczy Probierza dogodnych sytuacji byłoby znacznie mniej. Problemy Lechii w ataku to jednak nie tylko skuteczność strzałów. To także duża liczba spalonych i słynny już "brak ostatniego podania". Biorąc wszystko razem, Lechia to drużyna, która potrafi zbudować w meczu kilka ciekawych akcji w ofensywie, ale ma duże kłopoty z zamianą ich na gola. Ten grzech to nie tylko sprawa Lechii - cierpi na niego większość zespołów naszej ekstraklasy. Ale czy to powinno być dla gdańszczan usprawiedliwieniem?

Lechia Gdańsk

Krótka kołdra na ławce

- Problemem Lechii może być szczupłość kadry Lechii. Biało-zieloni mają po prostu zbyt małą siłę ognia na ławce. Na razie wszystko jest w porządku, ale gdy poszczególni piłkarze będą w słabszej formie, będą łapać kartki czy ulegną kontuzji, wtedy gdański zespół może mieć problem - diagnozował sytuację w Lechii Dariusz Pasieka. I to jeszcze wtedy, gdy na początku sezonu drużyna była na fali, a eksperci prześcigali się w porównaniach gdańszczan do Bayernu Monachium czy Realu Madryt. Słowa Pasieki okazały się być prorocze, bo gdy Probierz był zmuszony rotować składem w poszukiwaniu nowych rozwiązań, mających poprawić sposób gry Lechii, wśród zmienników nie mógł znaleźć nikogo wartościowego. W Lechii nie ma w tej chwili alternatywy np. dla Sebastiana Madery, Deleu czy Daisuke Matsui. Nie ma nawet dla kiepskiego na lewej obronie Adama Pazio, gdyż potencjalni jego zastępcy są w jeszcze słabszej dyspozycji. Lechia nie ma także w swoim składzie piłkarza, który pełniłby rolę "jokera" - gracza wchodzącego w drugiej połowie na podmęczonego rywala i potrafiącego zadać ostateczny cios. Przykładem jest znów mecz ze drużyną z Wrocławia, kiedy na placu gry po przerwie pojawili się Paweł Buzała i Patryk Tuszyński z zadaniem wzmocnienia ofensywy, ale nie wykreowali absolutnie żadnego zagrożenia pod bramką rywali. Dość powiedzieć, że rezerwowi strzelili dla biało-zielonych w 15 meczach tylko dwie bramki - Piotr Grzelczak i Buzała w meczu z Zagłębiem Lubin.

Lechia Gdańsk

Tłumaczenia Probierza

Tomasz Kafarski miał swój "chaos, który dominował w poczynaniach jego piłkarzy". Bogusław Kaczmarek chował się za "wprowadzaniem do zespołu niedoświadczonych wychowanków i tym, że z drużyny przed sezonem ubyło mu kilkunastu zawodników". Michał Probierz dał się poznać jako ten, który każdy przegrany bądź zremisowany mecz traktuje jako "bolesną lekcję dla tych chłopaków". Wszystko to ładnie brzmi, ale nie wtedy, gdy słucha się tego samego wytłumaczenia kilka, a może i kilkanaście razy. Po 15 meczach jego piłkarze powinni już chyba skorzystać z piłkarskich korepetycji, jakich udzielili im piłkarze innych drużyn. Wówczas trener Probierz mógłby podzielić się z dziennikarzami, a tym samym z kibicami Lechii, bardziej konstruktywnymi uwagami i wnioskami.

Źródło: trojmiasto.sport.pl