Lechia Gdańsk pokonała Jagiellonię Białystok w spotkaniu 26. kolejki PKO BP Ekstraklasy. Czy Biało-Zieloni rozegrali wybitne zawody? Nie, ale przecież John Carver zapowiedział, że sytuacja wymaga wszelkich środków, które pozwolą zdobyć punkty. Pierwszy z 9 finałów można więc uznać za sukces drużyny.
1. Fizyczna stabilność
Tym, co pozytywnie zaskoczyło w sobotę, była fizyczna postawa Biało-Zielonych. Poprzednie 4 przegrane mecze były zasługą m.in. tego, jak źle Lechia wyglądała fizycznie na tle swoich rywalem. Z Jagiellonią udało się wytrzymać do ostatniego gwizdka, co mogło przywodzić na myśl wcześniejszy triumf nad Lechem. Świeżość to sojusznik piłkarzy Johna Carvera, którzy dobrze wykorzystali obóz w Dubaju i na boisku przypominali tę drużynę, która zaczęła rundę wiosenną od zdobycia 7 punktów i zachwycała bezkompromisowym nastawieniem. Mistrzowie Polski nie byli w stanie złamać zasieków gdańszczan w dużej mierze właśnie przez ich dobre przygotowanie.
Trzeba również pamiętać, że pierwszej zmiany trener Carver dokonał dopiero w 82. minucie, zaś drugiej (i ostatniej) 180 sekund później. Mimo tego trudno mówić o jakiejś oblężonej twierdzy w końcowych fragmentach meczu. Oczywiście, Jagiellonia przeważała, ale nie dominowała. Lechiści potrafili wyjść z kontrą i utrzymywali dobrą strukturę w tyłach. Czy będą w stanie utrzymać taki poziom fizyczny w kolejnych meczach? Trudno powiedzieć, biorąc pod uwagę, jak wyglądało to dotychczas. Najważniejszy jest jednak fakt, że sami piłkarze zdawali sobie sprawę, że muszą wytrzymać trudy starcia, by zdobyć 3 punkty i udało im się to zrobić. Jeżeli będą w stanie to powtórzyć, strefa spadkowa pozostanie zaledwie wspomnieniem.
2. Chcesz grać w piłkę? Bój się Lechii
Wielu zastanawiało się, dlaczego Biało-Zieloni wypadają lepiej w starciach z teoretycznie mocniejszymi rywalami. Swoją hipotezą na konferencji pomeczowej podzielił się John Carver. -Odkąd tutaj jestem, to zauważyłem taką prawidłowość, że lepsze zespoły pasują nam bardziej oraz ich sposób gry w piłkę - mówił. Wygląda na to, że Anglik może mieć rację. Jeśli spojrzy się na rywali, z którymi Lechia punktowała w tym sezonie, łatwo dostrzec, że w większości były to drużyny preferujące utrzymywanie się przy futbolówce i kontrolowanie meczu. Z kolei przeciwko ekipom o mniej subtelnym profilu gdańszczanie mieli problemy.
Nie od dziś wiadomo, że w ataku pozycyjnym Lechiści nie porywają. Wolą szybkie ataki i agresywny doskok do rywala niż długie rozgrywanie piłki. Przeciwko drużynom takim jak Lech czy Jagiellonia mogą tak grać, co zresztą widać po wynikach tych spotkań. Biało-Zieloni za kadencji Johna Carvera stali się zespołem, który nie boi się klasy rywali, lecz tego, że ci oddadzą im piłkę i sami będą kontratakować. Doskonale widać to było w starciach z Radomiakiem czy Rakowem, w których obronę gdańszczan co chwila rozrywały takie akcje. Na nieszczęście Lechii, Ekstraklasa wciąż obfituje raczej w tych niewygodnych dla niej przeciwników.
3. Defensywna determinacja
Gdyby ktoś przed rundą wiosenną powiedział nam, że dwa jedyne czyste konta w pierwszych 8 kolejkach 2025 roku Lechia zachowa akurat w meczach z Lechem i Jagiellonią, prawdopodobnie wyśmielibyśmy takiego delikwenta. Tymczasem tak właśnie się stało i jest to zasługa bardzo dobrej postawy linii obronnej w tych spotkaniach. Biało-Zieloni wyszli na starcia z faworytami zmotywowani, by nie oddać za darmo nawet centymetra boiska. Dobrze utrzymywali strukturę, błędy indywidualne ograniczyli do minimum, a przede wszystkim utrzymywali koncentrację od pierwszego do ostatniego gwizdka.
Oczywiście, drużyna Johna Carvera nie rozegrała idealnego meczu w defensywie. Zdarzały się sytuacje takie jak ta, gdy Bogdan Sarnawski piąstkował za siebie, a Miłosz Kałahur trafił w poprzeczkę przy próbie wybicia. Szczęście faktycznie nie opuszczało Biało-Zielonych, ale z kolei oni też wydatnie pomogli szczęściu. Na ogromne pochwały zasługuje zwłaszcza duet Bujar Pllana - Elias Olsson. Stoperzy zawsze byli tam, gdzie trzeba i rozegrali zawody, z których taśmę sztab szkoleniowy powinien puszczać im przed każdym kolejnym spotkaniem, licząc, że będą w stanie znów tak zagrać. Jak podkreśla jednak angielski szkoleniowiec, obrona to wysiłek całej jedenastki i musimy przyznać, że było to widać przeciwko Jagiellonii.
4. Odczarowany Wjunnyk
Jeszcze przed rozpoczęciem rundy wiosennej Bogdan Wjunnyk zapowiadał, że jego celem na drugą połowę sezonu jest zdobycie dwucyfrowej liczby bramek. Jeżeli Ukrainiec chce to zamierzenie zrealizować, musi się pospieszyć, bowiem gol w starciu z mistrzami Polski był jego pierwszym ligowym trafieniem w 2025. Wydaje się jednak, że snajper w końcu wraca na dobre tory. Zanim jeszcze pogrążył ekipę Adriana Siemieńca, zdobył dublet w spotkaniu reprezentacji młodzieżowej przeciwko Biało-Czerwonym. - Przyjechałem z reprezentacji w fajnym nastroju i chciałem strzelić dzisiaj bramkę - cieszył się po wygranej nad Jagą.
O kolejne gole moźe być ciężko, bo Wjunnyk w taktyce Johna Carvera występuje najczęściej na pozycji numer 10. Wielką zaletą byłego gracza Szachtara Donieck jest jednak jego wszechstronność. Kiedy jest w formie, jest przydatny dla drużyny nawet bez zdobywanych bramek. Potrafi zarówno dograć piłkę lepiej ustawionym kolegom, jak i się przy niej utrzymać, a także pracować w odbiorze. Z Jagiellonią pokazał, że wraca na swój optymalny poziom i jest to dobra wiadomość w kontekście walki o utrzymanie. Opieranie ofensywy tylko na popisach Tomasza Bobcka i Camilo Meny mogłoby nie wystarczyć do zdobycia odpowiedniej liczby punktów.
5. Kibice mają dość
Ważnym momentem sobotniego spotkania był protest kibiców przeciwko Paolo Urferowi. Rządy Szwajcara nie spotykają się z pozytywną reakcją fanów. Fanatycy krótko po bramce na 1:0 odsłonili więc transparent z napisem "URFER WE ARE COMING FOR YOU..." i opuścili trybuny, żeby udać się pod stadionowy sekretariat. Chociaż ostatecznie nie doszło do żadnych starć, łatwo stwierdzić, że frustracja osiągnęła już naprawdę wysoki poziom. Nawet John Carver dał do zrozumienia, że nie widzi w tym zachowaniu czegoś oburzającego. - Kibice robią, co chcą, bo to oni płacą za bilety. Jeżeli tak chcieli, to mogli tak zrobić - komentował całe zdarzenie.
Trudno dziwić się kibicom, którzy żyją w ciągłej niepewności o to, co wydarzy się dalej z ich ukochanym klubem. Tylko w tym sezonie musieli obgryzać paznokcie w trakcie zamieszania z zawieszeniem licencji i czytać liczne artykuły o zaległościach w wypłatach dla piłkarzy. Sytuacja stała się więc na tyle męcząca, że postanowili dać jasny sygnał, że nie podoba im się to, co dzieje się z Lechią. Czy to coś zmieni w relacjach na linii Paolo Urfer - fani? Pewnie nie, bo już od dłuższego czasu fanatycy dawali do zrozumienia, że działania prezesa są im nie w smak. Na razie wspólnym celem jest utrzymanie w Ekstraklasie, ale można się spodziewać, że trybuny jeszcze nie raz głośno wyrażą swoje zdanie.
źródło: własne