lechia

Włosi maja dobrego trenera stratega, ale zarazem i trenera pielgrzyma. Zadbał nie tylko o świetne przygotowanie swoich piłkarzy do turnieju, ale także wytrwale się za nich modlił.

W czasie pobytu kadry „azzuri” w Krakowie Cesare Prandelli, zamiast spać sobie smacznie w hotelu, odbył dwie piesze pielgrzymki do klasztoru kamedułów na Bielanach i Sanktuarium Bożego Miłosierdzia w Łagiewnikach, zrywając się za każdym razem z łóżka wcześnie z rana. Nie przejmował się przepisami UEFA, zabraniającymi eksponowania swojej wiary. Był po prostu sobą – człowiekiem wiary, który wie, że nawet najlepsze przygotowanie, technika, ludzkie wysiłki mogą zawieść. Potrzeba pokory na drodze do zwycięstwa, a tej uczy się człowiek nie w świetle kamer, ale w ciszy i skupieniu, analizując swoje błędy, szukając sposobu na przezwyciężenie własnych słabości. Prandelli podczas Euro 2012 kroczył pielgrzymią drogą pokory, Panu Bogu zawierzył sukces swojej drużyny i się nie zawiódł. Dodać należy, że włoski selekcjoner kroczył do krakowskich sanktuariów z wiceprezesem włoskiej federacji futbolowej Demetriem Albertinim (którego brat jest księdzem), resztą sztabu i ochroniarzami. Trudno mi jest wyobrazić sobie działaczy PZPN-u na pielgrzymim szlaku, a niewątpliwie przydała by im się taka lekcja pokory. W każdym razie „nasi” póki co ogłaszali wszem i wobec, że EURO jest od zabawy. No to się pobawili.

W czwartek tuż po 23.00 zwariowały całe Włochy, kiedy ich drużyna w drodze do finałów Euro 2012 wyeliminowała faworyzowanych przez tzw. ekspertów Niemców. Jak to w życiu bywa, faworyci zawiedli i na boisku przez większość spotkania nie istnieli. Teraz zagrają w finale Włosi. Przy okazji warto też wspomnieć, że słynny włoski bramkarz Gianluigi Buffon publicznie zapowiedział, że jeśli jego drużyna zwycięży w turnieju, sam wybierze się na pieszą pielgrzymkę.

W przypadku niedzielnego finału, nie będę miał żadnego problemu, kto jest moim faworytem do mistrzowskiego tytułu. Trzymam kciuki za Włochów, którym zacząłem kibicować, jeszcze jako dziecko. Mój pierwszy świadomy mundial to Hiszpania, kiedy Włosi zdobyli mistrzostwo i nikt za bardzo nie miał do nich nawet pretensji, że pokonali w półfinale Polaków. Później był mecz Lechii Gdańsk z Juventusem w Pucharze Zdobywców pucharów w 1983 r., który w przerwie przerodził się w wielką antykomunistyczną manifestację wspierającą solidarnościowe podziemie.

Do dziś w Gdańsku wspomina się go z łezką w oku. Także Włoskich kibiców uważam za jednych z najlepszych pod względem dopingu w Europie. Wiele z ich piosenek uwielbiam i mogę słuchać godzinami. Najbardziej hymn Lazio, którego herb klubowy – orzeł - nawiązuje do świetlanych dla rzymian czasów starożytnych, kiedy był symbolem siły i z rozpostartymi skrzydłami widniał na szczycie sztandaru każdego z legionów. Niech fragment tej pieśni towarzyszy Włochom w niedzielnym pojedynku: „Leć orle na szczyty, i niech nigdy się nie kończy miłość w biało- niebieskich sercach w kolorach nieba”.

Lechia Gdańsk

PS. Po wygranej z Niemcami Prandelli udał się na kolejną pielgrzymkę. Tym razem do sanktuarium Najświętszej Rodziny w krakowskim Bieżanowie. Z hotelu wyruszyli około trzeciej nad ranem.

autor: Jarosław Wąsowicz

A wy komu kibicujecie w wielkim finale?