Takich klubów jak Lechia potrzeba ekstraklasie, tylko czym liga może się zrewanżować? - zastanawiają się dziennikarze Polsat Sport.

Sukces tutaj niewiele kosztuje i niewiele znaczy. Najlepsze i najbogatsze kluby po chwilowych zachwytach zaczynają tonąć w przeciętności. Gdańsk pierwszy wyrwie się z zaklętego koła?

Kiedy trener Ricardo Moniz mówił, że celem Lechii jest w tym sezonie podium, wielu uśmiechało się pobłażliwie. Ledwie chwilę wcześniej zespół z Gdańska zapewnił sobie miejsce w grupie mistrzowskiej, a przez ostatnie sezony balansował na granicy spadku, męcząc siebie i kibiców.

Po zwycięstwie z Lechem Poznań 2:1, które praktycznie pogrzebało szansę tej drużyny na mistrzostwo Polski, już nikt nie powinien się śmiać. Lechia jest na czwartym miejscu w tabeli, z dwoma punktami straty do trzeciej pozycji, dającej prawo gry w europejskich pucharach. Zajmuje ją Ruch Chorzów, który może mieć problemy z otrzymaniem licencji na występy w Europie. Być może Lechia nie będzie musiała nawet potrzebować pomocy regulaminowej. Ruch gra jeszcze m.in. z Legią oraz Lechem i może stracić tyle punktów, że to Gdańsk będzie się cieszył z podium.

To może być pierwszy z sukcesów Lechii (powtórzenie najlepszego wyniku z sezonu z 1956 roku) , a zanosi się na to, że ta lista w następnych latach będzie się wydłużać i triumfy mogą być jeszcze większe. Lechia w przyszłym sezonie będzie walczyć o mistrzostwo Polski, można to powiedzieć bez większego ryzyka. Nowi, bogaci właściciele z zachodu, potężny sponsor (firma Lotos), piękny stadion PGE Arena Gdańsk i trener z zagranicy gwarantują ten scenariusz. Jeśli jeszcze drużynę wzmocni kilku dobrych zawodników, to Lechia spokojnie będzie w stanie rzucić wyzwanie Legii i Lechowi.

Ekstraklasa? To małe piwo

Tyle wystarczy, żeby zawojować ekstraklasę. Skoro mógł to zrobić biedny Ruch, grający na starym stadionie i przeciętna Pogoń Szczecin, skoro długo mogło się to udawać zbieranej w pośpiechu drużynie Wisły, to może to zrobić dobrze zorganizowany zespół z Gdańska. Do walki o mistrzostwo Polski wystarczy, że bogaty sponsor sypnie gotówką i już reszta stawki zostaje w tyle.

Transfery zaczęły się już zimą. Lechia skusiła Pawła Stolarskiego z Wisły Kraków, a z Tereka Grozny został wypożyczony Maciej Makuszewski. Latem być może przyjdą zawodnicy z portugalskiej ekstraklasy, mówi się o Tiago Valente i Davidzie Addy'm.

To wszystko jest ważne dla gdańskich kibiców, ale nie to będzie najważniejsze dla polskiej piłki. Najważniejsze jest to, co może się stać przy okazji. Jeśli do polskiego futbolu zdecydował się wejść tak potężny biznesmen jak Franz Josef Wernze, który od wielu lat działał w niemieckiej piłce, to trzeba to koniecznie wykorzystać.

Człowiek z FC Koeln

Wernze przez wiele lat zasiadał w zarządzie FC Koeln, także wtedy, gdy ten klub grał w 1. Bundeslidze. - On ma olbrzymią wiedzę, jeśli chodzi o zarządzanie. Ponadto, ma wspaniałe kontakty biznesowe i one też mogą pomóc Lechii. On nie oczekuje sukcesu tu i teraz. Wie, że czasami trzeba poczekać - mówił Polsatsport.pl nowy dyrektor sportowy Lechii Andrzej Juskowiak.

I właśnie o to chodzi. To jest coś, czego ekstraklasie potrzeba najbardziej, o czym mówił też dla Polsatsport.pl prezes Legii Bogusław Leśnodorski. - Większość klubów w Polsce organizacyjnie i piłkarsko jest słabych, począwszy od zaplecza medycznego, poprzez przygotowanie fizyczne, a na taktyce, obserwacji, awansie wychowanków do pierwszej drużyny i prowadzeniu rezerw skończywszy. Z tego, co wiem, to tylko Lech i Legia mają profesjonalną analizę wideo, a to są rzeczy, które od wielu lat są w wielkiej piłce standardem.

Po tym, co mówi Ricardo Moniz, nowy trener Lechii widać, że wie, czego chce i on też będzie próbował wprowadzić zachodnie standardy (pracował w Anglii i Holandii). Dla polskiego piłkarza to może nie do pomyślenia, ale Moniz chciałby zlikwidować przerwę na Święta Wielkanocne. Czy to dobrze, czy źle, można dyskutować, ale na pewno widać, że Holender może nauczyć swoich piłkarzy profesjonalizmu. I nie waha się mieć swojego zdania. Pawłowi Dawidowiczowi odradzał transfer do Benfiki, choć prezes portugalskiego klubu jest przyjacielem Wernzego. Ostatecznie transfer stał się faktem. Jeśli Lechia ma obrać kurs na Europę, to nie może pozbywać się najzdolniejszych piłkarzy, ale z drugiej strony, taki jest los klubów na dorobku. Legia też nie zatrzymuje nikogo na siłę, chodzi tylko o to, by zarobione pieniądze później mądrze wydać na transfery.

Lechia i Legia mogą się stać wzorami

Tego wszyscy powinni się później uczyć od Lechii i Legii. Dlatego Legia zatrudniła trenera, który wiele lat spędził w Premier League, chociaż Jan Urban dał klubowi z Warszawy i mistrzostwo, i pozycję lidera. Sukcesy w Polsce są łatwe do osiągnięcia, tylko że niczego później nie dają. Miara powodzenia jest jedna: faza grupowa Ligi Mistrzów (jak na razie mityczna dla polskich klubów), albo dobra gra w fazie grupowej Ligi Europejskiej.

Może coś na ten temat powiedzieć Bogusław Cupiał, który kolekcjonował mistrzostwa dla Wisły. Może coś od siebie dodać Jacek Rutkowski z Lecha. Pewnie sporo wniosków miałby Mariusz Walter, który przez wiele lat był właścicielem Legii. Żaden z nich Europy później nie podbił.

- W Polsce i tak jest łatwiej osiągnąć sukces niż w Bundeslidze, gdzie różnice między klubami są naprawdę niewielkie - mówił w rozmowie z Polsatsport.pl Juskowiak. To prawda i potem widać to w europejskich pucharach. Jeśli coś łatwo zdobyć, to ma niewielką wartość. Kibice czekają na sukcesy w Europie. Właściciele na pewno też. Jeśli w ciągu kilku lat one nie przyjdą, może pojawić się zniechęcenie, jak w Wiśle, czy kiedyś w Górniku Zabrze. Na Śląsku też miało być eldorado, ale im więcej pieniędzy inwestowała firma Allianz, tym wyniki były gorsze.

Pieniądze się skończyły i dzisiaj w Krakowie, czy Zabrzu mogą tylko tęsknić za rajem utraconym. Dla Lechii recepta na uniknięcie podobnego losu jest tylko jedna: ciągle do przodu. Europa albo śmierć.

Źródło: polsatsport.pl