28 września minie 30 lat od słynnego meczu Lechia - Juventus Turyn w ramach Pucharu Zdobywców Pucharów.

O tym wydarzeniu serwis trojmiasto.pl rozmawiał ze Zbigniewem Golemskim. Ówczesny dyrektor gdańskiego klubu zdradził, że niewiele brakowało, aby do tego spotkania w ogóle nie doszło, a w trakcie gry zaczęły się przechylać słupy podtrzymujące ogrodzenia na trybunie głównej. Organizatorów uratowali rugbiści i banery reklamowe.... Marlboro.

Jacek Główczyński: Czy to prawda, że mecz Lechii z Juventusem mógł się nie odbyć?
Zbigniew Golemski: Tak. Najgorszy moment był dzień przed meczem. Delegat UEFA lustrował stadion, miał kilka uwag, głównie drobnych związanych z uporządkowaniem i sprzątnięciem niektórych rzeczy. Jednak znalazł też, jego zdaniem poważną przeszkodę. Od jej usunięcia uzależnił rozegranie meczu.

O co chodziło?
mfiteatr był usypany z ziemi, podparty płytami chodnikowymi. Gdy zalano to wszystko betonem, między starym ogrodzeniem, którego nie zdążyliśmy wymienić, a pierwszym stopniem wytworzyła się szczelina, gdzieś szerokości około 80 centymetrów na całej długości trybun przeciwległej do głównej, czyli na odcinku 150 metrów! Delegat uznał, że to niebezpieczne, bo kibice z pierwszych siedzeń mogą się przez tą szczelinę przecisnąć, wybiec na boisko i zakłócić mecz. Powiedział wyraźnie: "jeśli szczeliny nie usunięcie, nie wydam zgody na rozegranie meczu!"

Czym udobruchaliście delegata UEFA?
Przestraszyliśmy się tej groźby. Nerwowo zachodziliśmy w głowę, co tutaj robić? Pracownicy budowlani już ze szli ze stadionu. Uratował nas... Johny River. To człowiek, który wcześniej zorganizował nam pobyt we Włoszech. W zamian zażądał, że na meczu w Gdańsku mamy wystawić banery Marlboro. W tamtych czasach bez szczególnych pozwoleń nie można było reklamować takich firm. Jako że uznaliśmy, że szybko do Włoch także po raz kolejny nie pojedziemy, to reklam nie będziemy rozwieszać, bo z tym panem nie będziemy współpracować. River się awanturował, ale banery leżały jeszcze dzień przed meczem w magazynie. Najwyraźniej jednak opatrzność nad nim czuwała, a my mogliśmy udobruchać delegata.

Zmierzyliśmy, że wszystko pasuje. Reklama miała 1,2 metra wysokości i chyba z 200 metrów długości. Plansze zostały przymocowane drucikami do ogrodzenia z siatki, a w ziemie wbite kołkami drewnianymi. W ten sposób zlikwidowaliśmy szczelinę. Delegat był zadowolony. Można było grać.

Za to Marlboro nie musieliście się tłumaczyć przed odpowiednimi władzami?
A jakże. Nękano za. Domagano się, abyśmy zapłacili jakieś wysokie kary pieniężne. Do dzisiaj mam pisma, które przychodziły w tej sprawie. My broniliśmy się, pisząc na prawo i lewo, szukając wsparcia, tłumaczyliśmy się... Ostatecznie skończyło się na upomnieniu. Jak podkreślono potraktowano nas łagodnie, bo nie mieliśmy doświadczenia w organizowaniu takich imprez, no i było to pierwsze wykroczenie tego typu.

Bezpośrednio przed meczem ponoć pojawiło się kolejne zagrożenie? Jedna z trybun chwiała się pod ciężarem ludzi? 
Trybuna nie mogła się zawalić, bo stoi na bardzo solidnych filarach, a ponadto rok, czy półtora przed meczem było wykonane nowe. Była ona drewniana, została wzmocniona przez wymianę zużytych elementów oraz obita blachą. Natomiast boków trybun nie udało się nam wyremontować i naprawić. Pozostały stare. Była tam siatka, która opierała się na starych drewnianych kantówkach.

Niestety, frekwencja na trybunach przeszła najśmielsze oczekiwania, troszeczkę za dużo ludzi wpuszczono i nie mieścili się. Trybuna zaczęła się rozszerzać na boki. Długi ciąg osób, które stały blisko ogrodzenia bocznego, zaczęły napierać na siatkę, w pewnym momencie zobaczyłem, że drewniane słupki miały około 15 procent przechyłu z tendencją do zwiększania.

Przestraszyłem się. Zdałem sobie sprawę, że jak to się przewróci, to tłum się wyleje, jeden na drugiego wpadnie. Co prawda nie było tam dużej wysokości, ale niekiedy i metr wystarczy, aby ktoś sobie rękę czy nogę złamał, a poza tym chaos, panika...

Jak zażegnaliście to niebezpieczeństwo? 
W zabezpieczeniu meczu zaangażowane były wszystkie ówczesne sekcje Lechii. Na stadionie łącznie może mieliśmy z 300 osób. Przy ochronie pomagali chłopcy z naszej sekcji rugby. Byli postawni, wyćwiczeni w przepychaniu się, robieniu porządku, przyzwyczajeni do działaniu w tłoku. Już nie pamiętam, kto dowodził grupą, która była ustawiona do ochrony tej trybuny.

Widząc co się dzieje przywołałem go. Mówię: "patrz, co za chwilę może się zdarzyć". Zrozumiał powagę sytuacji błyskawicznie. Po remontach, które czyniliśmy przed meczem, na zapleczu trybun mieliśmy trochę materiałów budowlanych, w tym elementy drewniane.  Rugbista przywołał kilku chłopaków, pobiegli na zaplecze i przynieśli kilka kątówek. Podparli nimi elementy ogrodzenia. Przechył na 15-20 procent się zatrzymał. Pamiętam jak dzisiaj, jak ci rugbiści stali przez cały mecz w pozycji przychylonej i opartej o wsporniki, aby nic złego się nie wydarzyło.

To była trybuna z Lechem Wałęsą? 
Nie. Walesa był naprzeciw tej trybuny, to była ta główna trybuna.

Wiedzieliście, że Wałęsa przyjdzie na mecz? 
Tak. Wcześniej od niego ekipa była po bilety, chyba na czele z jednym z Rybickich. Ja osobiście sprzedawałem im te bilety. Ale nie byliśmy wtajemniczeni w to jak przyjdzie, ani nie mogliśmy dać gwarancji, że będzie mógł dotrzeć na stadion. Specjalnego miejsca na stadionie też mu nie przydzielaliśmy. To wszystko działo się w konspiracji, z nami nie było konsultowane.

Dużo było milicji na stadionie? 
Trudno to określić, gdyż na stadionie operowali tylko ci w cywilnych ubraniach. Kilkudziesięciu funkcjonariusz umundurowanych było w patrolach przed stadionem. Natomiast punkt dowodzenia milicji mieścił się w budynku klubowym. Zajęli jeden z pokoi biurowych, z widokiem na bramę wejściową. Tam się zamknęli, nie mieliśmy do nich dostępu.

Ile ludzi faktycznie było na trybunach?
My ciągle podajemy oficjalną liczbę - 30 tysięcy. Tyle biletów sprzedaliśmy. Jednak tych ludzi było więcej, różnie się szacuje, jedni mówią o 35, inni nawet o 40 tysiącach. My nie możemy tego zweryfikować.

Jak to możliwe, że ludzi było więcej niż sprzedanych biletów? 
Bilety nie były zabezpieczone tak jak dzisiaj w hologramy, na stadionach nie było czytników. Z łatwością było je podrobić. Ponadto na bramkach stali ludzie z naboru. Nie wykluczam, że mogli wpuszczać kogoś bez biletów. Nie zapominajmy także o betonowym ogrodzeniu stadionu. W wielu miejscach miało ono wyrwy. Ludzie mieli też utarte ścieżki, przedzierali się nawet przez las.

Oczywiście staraliśmy się zabezpieczyć miejsca, przez które na ogół forsowane było ogrodzenie, ale nawet służby, które miały za to odpowiadać, czasem się zapominały. Chciały też oglądać mecz i zapominały, co mają przypilnować.

Czy byli ludzie, którzy mimo zakupionych biletów nie zmieścili się na stadionie? 
Pół godziny przed meczem zaczął się ruch w... obie strony. Jako że mecz był transmitowany przez telewizję, niektórzy, którzy byli w czwartym szeregu na amfiteatrze i nie za bardzo widzieli boisko, zdecydowali się na wyjście ze stadionu. Ludzie zaczęli się tasować. Niektórzy wychodzili, a inni jeszcze próbowali dopchać się na trybuny. Na brawie robił się kociokwik. Nie brakowało też nieprzyjemnych okrzyków pod adresem klubu. Ale rozumiem to zdenerwowanie.

{joomplucat:62 limit=6}

Zobacz całą galerię z tego meczu

Po meczu dużo ludzi zgłosiło się z biletami, których nie wykorzystali i z żądaniem zwrotu pieniędzy? 
Choć to już zamierzchłe czasu to nadal przepraszam, jeśli ktoś wtedy nie mógł wejść na stadion. Do meczu ludzie dali sobie najwyraźniej spokój, gdy minęło pierwsze zdenerwowanie. Zwrotu pieniędzy przyszło co najwyżej ze 100 osób. Na pewno więcej nie zgłosiło się do klubu.

Co jeszcze najbardziej wspomina pan z przygotowań i przebiegu tego meczu? 
Dzisiaj z tego można się śmiać, bo to detale. Ale wówczas naprawdę białe prześcieradła, mydło w łazienkach, czy cytryna do herbaty to był problem i o takie rzeczy też musieliśmy się starać.

Standard szatni nie zaskoczył Juventusu? 
Gdy przy odlocie z Włoch żegnał nas Zbyszek Boniek, który wtedy grał w Juventusie, wziął nas na bok i pyta: "Słuchajcie, jak tam wasze szatnie? Jak byłem w nich z Zawiszą to nie były tęgie. Zróbcie coś, aby nie było boruty!" Odpowiedzieliśmy: "Spokojnie, będzie Europa".

A potem rzeczywiście nie żałowaliśmy farby. Nawet kafle na ścianach przemalowaliśmy! Ponadto nowe muszle i armatura natryskowa, a także podesty z drewna sosnowego... Panie sprzątające wszystko wyszorowały jeszcze dodatkowo, aby lśniło.

Szatnię Lechii też przy okazji wyremontowaliśmy, ale ona była już trochę mniej dopieszczona, odstawała poziomem od tej włoskiej. 
rozmawiał: Jacek Główczynski dla trojmiasto.pl

Źródło: RC Lechia / Trojmiasto.pl