Zanim ruszyliśmy na eskapadę do Turynu zostałem oddelegowany przez mego ojca na całonocne stanie w kolejce po bilety na wycieczkę. Stało nas pod drzwiami Orbisu w Heweliuszu około 40. Pierwsi pojawili się około godz. 18. Ja zająłem dobre 9 miejsce krótko po godz. 19.

Około północy stał nas już komplet. Ku memu zdziwieniu chociaż w tamtym czasie nie opuściłem żadnego meczu Lechii - ani jednej znajomej twarzy. Co jeszcze dziwniejsze stwierdzam, że większość ma bardzo mało do powiedzenia na temat futbolu.

No ale nic. Czas upływa wszystkim szybko, pęka jedna i druga flaszka (wtedy jeszcze nie piłem ze względu na mój wiek). U każdego radość na twarzy i nadzieja zobaczenia czegoś innego niż nasza polska szarzyzna. Krótko po godz. drugiej zatrzymuje się w odległości około 200 metrów od nas milicyjny gazik. Stoi tam około dziesięciu minut. Nagle podjeżdżają do nas trzy milicyjne nysy oraz wspomniany już gazik. Wysiada z nich około 15 psów i z pałami w ręku pytają co my tu robimy. Po wyjaśnieniu pakują się znów do swych pojazdów i znikają. Do rana żadnych więcej incydentów. O godz. 9 Orbis zostaje otwarty. Chwilę przedtem przyjeżdża mój ojciec wypoczęty, wyspany i zmienia mnie w kolejce. Resztę formalności załatwia już on. Trzy godziny później pojawia się w domu z dwoma biletami do Turynu!!!!! Co za radość!!!!!!!!

  • juve_lechia_01
  • juve_lechia_02
  • juve_lechia_03
  • juve_lechia_04
  • juve_lechia_05
  • juve_lechia_06
  • juve_lechia_07
  • juve_lechia_08

Sam wyjazd to wczesnoporanne wstawanie po nieprzespanej nocy (nerwówka przez calutką noc) i jedziemy na lotnisko. Oczekuje tam na nas czterosilnikowy IL - 18, który prezentuje się jak na tamte czasy całkiem do rzeczy (przynajmniej tak nam się wtedy wydawało). Zajęte prawie wszystkie miejsca. Atmosfera podniecenia udziela się nam wszystkim. Lot przebiegł spokojnie i bez niespodzianek lądujemy po kilku godzinach w Turynie po dwukrotnym okrążeniu miasta w powietrzu.

Na lotnisku widzimy pierwszych członków naszej wycieczki gdy szybkim krokiem oddalają się od nas i podążają w kierunku włoskich carabinnieri. Jak się później dowiadujemy to pierwsze prośby o azyl. Podchodzę do celnika, który (o dziwo) z uśmiechniętą twarzą mówi do mnie LEJA i pokazuje zero z palców prawej ręki JUVE pięć palców. No cóż przyszłość ma pokazać, że zabrakło mu dwóch palców w dłoni. Oczekuje na nas autobus, który przewozi nas bezpośrednio na stadion. Zanim wchodzimy do autobusu kolejni uciekinierzy opuszczają nasze szeregi. Przed wejściem na stadion znowu to samo. Tak, że mocno przerzedzeni zajmujemy w końcu miejsca na CURVA MARATONA, łuku maratońskim stadionu. Jesteśmy przygwożdżeni atmosferą i obiektem. Lecz nie na długo w chwilę dochodzimy do siebie i słychać pierwsze okrzyki Lechia Gdańsk, Lechia Gdańsk!!!
Nasi piłkarze wybiegają na rozgrzewkę. My widząc to, co sił w płucach drzemy się jak opętani Lechia, Lechia!!! W stadionowym tumulcie giną nasze głosy jednak odzywają się pierwsze oklaski dla nas. Naprawdę mili ci włoscy Tifosi. Po rozgrzewce piłkarze obu drużyn opuszczają płytę boiska by za chwilę znów się na niej pojawić. Każdy z nich trzyma w ręku piłkę. Zawodnicy Juventusu podbiegają do ogrodzeń i kopią je w stronę kibiców. Nasi widząc to robią to samo. Niestety przez roztargnienie nie w naszym kierunku. Na trybunach tumult. Doping z tylu tysięcy gardeł robi wrażenie. Jesteśmy sparaliżowani, ale nasza wątła grupka nie pozostaje w tyle. Robimy co możemy. Po 15-stu minutach moje gardło jest totalnie zdarte.

Mecz przebiega zgodnie z oczekiwaniami. Tracimy bramkę po bramce. Być może wynik nie byłby taki wysoki gdyby Lechia murowała. Ale nie, podejmuje otwartą walkę co odbija się na rezultacie, przynosi nam jednak sympatię włoskich kibiców. Każda składna akcja Lechii jest nagradzana burzą oklasków Tifosi. Niestety nie było tych akcji za dużo. Jedyna satysfakcja to obrona karnego przez Fajfera nagrodzona owacją włoskich kiboli i nasza euforia. Strzelał Rossi, nie byle kto. Mecz kończy się, Włosi żegnają nas oklaskami, nasi piłkarze podbiegają do płotu i dziękują za przybycie. Ojciec kupuje mi szalik Juve za oszałamiającą sumę ok. 5 dolarów, który potem często nosiłem na Lechii. Pakują nas do autobusu i odjazd z powrotem na lotnisko. Po drodze widzimy stoisko z arbuzami. Odzywają się głosy "stanąć, chcemy kupić owoce". Autobus staje co wykorzystują ostatni uciekinierzy. To oni krzyczeli aby stanąć. Po kupnie arbuzów już bez przeszkód pojawiamy się na lotnisku i w parę chwil potem jesteśmy już w powietrzu. W samolocie dużo pustych miejsc. Wraca nas tylko część. Po kilku godzinach lądujemy w Rębiechowie.

Być może relacja ta wydaje się wielu kibicom szczególnie tym młodszym śmieszna, ale pamiętajcie, że było to 18 lat temu, za komuny gdzie problemy stwarzał wyjazd do Katowic, a nasza wybrana grupka szczęśliwców mogła zobaczyć wielki świat. Dla was młodsi koledzy nie jest to teraz nic nadzwyczajnego. Dla nas kiedyś było to "całe życie" ...

autor: Leser
źródło: stara lechia.gda.pl