Raport meczowy: Lechia Gdańsk - KP Sopot | Kolejka 2 | 2003/04 IV Liga - Gr. pomorska
2003/04 IV Liga - Gr. pomorska2003/04 IV Liga - Gr. pomorska

Lechia Gdańsk vs KP Sopot
1 4

Więcej info

Data meczu: środa, 13 sierpień 2003
Godz. meczu: 17:30 h
Stadion: Stadion T29 w Gdańsku
Sędzia: Paweł Dreschel
 
Widzów : 1.500

Skład wyjściowy

Bramkarz
Obrońca
Pomocnik
Napastnik

Pierwszy trener

Zmiany

    Oś czasu

    Min. zmiany 58 ::<img src='/images/com_joomleague/database/events//in.png' />Jakub Gronowski <br> <img src='/images/com_joomleague/database/events//out.png' />Paweł ŻukMin. zmiany 58 ::<img src='/images/com_joomleague/database/events//in.png' />Mariusz Łukowski <br> <img src='/images/com_joomleague/database/events//out.png' />Przemysław UrbańskiMin. zmiany 58 ::<img src='/images/com_joomleague/database/events//in.png' />Janusz Melaniuk <br> <img src='/images/com_joomleague/database/events//out.png' />Jakub WiszniewskiGOL Min. 63 ::<img src='/images/com_joomleague/database/persons/kobus_zbigniew.jpg' height='40' width='40' /><br />Zbigniew KobusWydarzenie Min. 72 ::<img src='/images/com_joomleague/database/persons/kobus_zbigniew.jpg' height='40' width='40' /><br />Zbigniew Kobus

    Wydarzenia


       Podsumowanie

      Bramki (Sopot):

      Bławat 54’, 62’, Kazubowski 57’, 90’

      Żółta Kartka (Sopot):

      Łukaszewski, Olszewski, Janicki

      Skład (KP Sopot):

      Szczypior - Zabłotny (46’Kazubowski), G.Motyka, Badzimierowski, Łukaszewski (59’Darul), Chmielecki, Brede, Janicki, Fedorowicz (67’Wilk), Olszewski, Bławat (64’Gasparian)

      Relacja (Lechia.gda.pl):

      Z jednej strony było to wielkie piłkarskie widowisko, z drugiej - koszmar i szok. Skazany na pożarcie klub z Sopotu, który nie był nawet w stanie zorganizować spotkania z Lechią u siebie, doszczętnie upokorzył wielkiego faworyta. To był największy blamaż na własnym stadionie od ponad siedmiu lat, gdy w drugoligowym sezonie 1996/97, również w drugiej kolejce, gdańszczanie przegrali u siebie 0:4 z Polonią Bytom. Lechiści nie wyciągnęli wniosków z sobotniego meczu z Orlętami Reda i nie poprawili skuteczności. Nie pomógł w tym nawet debiut w biało-zielonej koszulce gwiazdy wybrzeżowego futbolu, Zbigniewa Kobusa. Defensywnie nastawieni sopocianie z mistrzowską precyzją wykorzystali nie tylko nieprawdopodobną niemoc Lechii w sztuce zdobywania goli, ale w identycznym stopniu tragiczną postawę znacząco osłabionej personalnie defensywy. W ciągu 8 minut drugiej połowy sprowadzili lechistów do parteru strzelając z kontrataków trzy bramki i dzięki mądrej grze w obronie odnieśli sensacyjne zwycięstwo.

      Po pierwszej kolejce najważniejsze wydawało się strzeleckie odblokowanie, przerwanie fatalnej skuteczności. Mimo że Bartłomiej Stolc nadal mógł tylko psychicznie wspierać kolegów z trybun, to pierwszy występ przy Traugutta rozreklamowanego Zbigniewa Kobusa miał być lekarstwem na wszelkie ofensywne bolączki i dolegliwości. I rzeczywiście, naładowany energią wychowanek Rodła Kwidzyn był wespół z Przemysławem Urbańskim pierwszoplanowym aktorem pierwszej połowy. Przeprowadzał przebojowe akcje z głębi pola, imponował szybkością i techniką, oddawał groźne strzały na bramkę sopocian z wielu różnych pozycji.

      Długo można by wymieniać wszystkie sytuacje podbramkowe, jakie stworzyła w pierwszej części gry Lechia. Akcje przeprowadzano głównie środkiem, gdzie współpracowali ze sobą Kobus z Markiem Szutowiczem, lub prawą stroną boiska, skąd dośrodkowaniami obdarowywał powyższą dwójkę Urbański. Biało-zieloni mieli zdecydowaną przewagę i co kilka minut zatrudniali Tomasza Szczypiora. Mimo że wedle relacji obserwatorów to w głównej mierze właśnie ten golkiper przyczynił się do porażki sopocian w pierwszej kolejce, w Gdańsku otrzymał od szkoleniowca kredyt zaufania. Nie tylko nie zawiódł, ale spisywał się bardzo pewnie i nie dawał zaskoczyć się niebezpiecznie i często nękającym go napastnikom Lechii.

      Jednak mimo dużej przewagi już przed przerwą lechiści dostali dwa poważne ostrzeżenia od wprawdzie niepozornych, ale zdecydowanie odważniejszych od piłkarzy Orląt Reda graczy z Sopotu. W 28 minucie Bartosz Berlik, który latem nie znalazł uznania w oczach Jerzego Jastrzębowskiego, stanął w sytuacji sam na sam z Mateuszem Bąkiem, ale podjęta przez niego próba przelobowania bramkarza okazała się nieudana. W 36 minucie groźnie zapowiadająca się akcja Berlika i Jakuba Bławata została przerwana dopiero w polu karnym lechistów. Natychmiast wyprowadzono zresztą błyskawiczną kontrę, wtedy też stadion pierwszy raz głośno się ożywił. Piłkę otrzymał Kobus, a jego dynamiczny rajd doskonałym, czystym wślizgiem powstrzymał w ostatniej chwili Marcin Łukaszewski.

      Pierwsza połowa zakończyła się w dokładnie tym samym stylu, co cztery dni wcześniej. Lechia nacierała i nikt nie mógłby mieć pretensji, gdyby stworzyła sobie kilkubramkową przewagę. Wynik jednak i tym razem pozostawał bezbramkowy. Kolejny udany mecz rozgrywał Jakub Wiszniewski, także defensywa, pozbawiona kontuzjowanych graczy z pierwszoligową przeszłością, Marcina Kaczmarka i Sławomira Matuka, nie popełniała większych pomyłek. Wprawdzie boczni obrońcy nie stanowili zapory nie do przejścia i parokrotnie dali się oszukać, ale byli skutecznie asekurowani przez środkowych defensorów. Wydawało się, że w drugiej połowie Lechia już bez przeszkód udokumentuje swoją dominację na boisku.

      W 4 minucie po przerwie Szczypior znów wyszedł obronną ręką z niebezpiecznej sytuacji stworzonej przez Kobusa i Szutowicza. Wkrótce nadeszło jednak 500 sekund, które wstrząsnęły Lechią. W 54 minucie na uderzenie z 18 metrów zdecydował się Bławat. Strzelił na tyle precyzyjnie, że piłka odbiła się od słupka i wpadła do siatki. Bąk popisał się paradą, ale nie miał żadnych szans - w obozie gości zapanowała wielka euforia, a u gospodarzy niedowierzanie. Jednak natychmiast po wznowieniu gry przed idealną okazją na wyrównanie stanęła Lechia. Szutowicz wszedł z prawej strony w pole karne i puścił piłkę wzdłuż linii bramkowej do pędzącego środkiem Kobusa. Na drodze uderzonej przez niego i lecącej prosto do siatki futbolówce stanął w bramce defensor gości, także dobitka Pawła Żuka jakimś cudem trafiła tylko w kolejnego gracza Sopotu. Nikt nie mógł uwierzyć, że nie padł gol. - "To był przełomowy moment meczu. Jeśli w takiej sytuacji nie trafia się do bramki, trudno marzyć o sukcesie" - ocenił po spotkaniu Jastrzębowski.

      Chwilę później Lechia był już w tragicznym położeniu. Oto Włodzimierz Chmielecki dokładnie zacentrował z lewej flanki w pole karne. Ponieważ obrońcy zaspali, więc wprowadzonemu w przerwie na boisko 18-letniemu Rolandowi Kazubowskiemu pozostało tylko z bliska pokonać golkipera, co po przyjęciu piłki uczynił mocnym strzałem pod poprzeczkę. Jastrzębowski zagrał va banque i dokonał potrójnej zmiany, jednak dziurawą jak ser szwajcarski obronę pozostawił w niezmienionym zestawieniu. Efekt był taki, że po 4 kolejnych minutach lechiści byli już na kolanach. Bławat dostał piłkę na 30 metrze i mimo asysty Daniela Pellowskiego dobiegł pod bramkę, gdzie popisał się celnym trafieniem. "Pele" nie dość, że nie potrafił odebrać piłki swojemu rówieśnikowi, to na dodatek uderzenie odbiło się od niego rykoszetem uniemożliwiając interwencję Bąkowi. KP Sopot objął prowadzenie 3:0 na stadionie, który dosłownie oniemiał...

      To bynajmniej nie był koniec emocji, gdyż w ciągu 60 sekund biało-zieloni pokusili się o kontaktową bramkę. Szutowicz znów dokładnie i płasko zagrał piłkę, a Kobus tym razem trafił wreszcie do siatki. Pojawiła się nadzieja na wyrwanie się katu spod topora, tym większa, że w 71 minucie Kobusa sfaulowano w polu karnym i arbiter odgwizdał jedenastkę. Mimo że poszkodowany zmarnował już rzut karny w swoim sparingowym debiucie przeciwko Cartusii, to znów zdecydował się na wykonanie tego fragmentu gry. Niestety znów z tym samym skutkiem - bramkarz Szczypior okazał się lepszy.

      Lechiści zaczęli opadać z sił i tracić wiarę w odwrócenie złej karty. To ułatwiło zadanie kierowanej przez Grzegorza Motykę sopockiej obronie, która zawęziła szyki. Janusz Melaniuk oddał kilka mało groźnych strzałów, najczęściej jednak lądował na glebie na skutek kontaktu ze znacznie większymi fizycznie rywalami. Strzeleckiego szczęścia zaczęli szukać nawet obrońcy, Marek Widzicki i Krzysztof Bartoszuk, ale i oni nic nie wskórali. Goście nie rezygnowali natomiast z wyprowadzania kontr, a pomagał im w tym głównie łatwo tracący piłki Mariusz Łukowski. W 80 minucie Geworg Gasparjan groźnie uderzał głową. Natomiast już w doliczonym czasie gry Kazubowski wbił Lechii czwarty gwóźdź do trumny trafiając do siatki między nogami bezradnego Bąka... Obserwowało to już tylko pareset osób, większość opuściła obiekt w końcowych minutach spotkania...

      Na pierwszej od ponad dwóch lat pomeczowej konferencji prasowej trener KP Sopot, Kazimierz Iwański miał powody do promieniowania radością. - "Ten wynik przeszedł nasze najśmielsze oczekiwania" - mówił sopocki szkoleniowiec. - "Nasza drużyna nie ma wysokich aspiracji, chcemy przede wszystkim wybronić się przed spadkiem. Prawdę mówiąc mieliśmy wkalkulowaną porażkę w Gdańsku. W przerwie spotkania powiedziałem jednak swoim chłopakom, że nie są w niczym gorsi i mogą pokusić się o korzystny rezultat. Pracowałem kiedyś w Lechii i ze swojej strony mogę tylko współczuć Jurkowi Jastrzębowskiemu takiej skuteczności u jego piłkarzy."

      Trener Lechii Gdańsk, Jerzy Jastrzębowski: - "Tak to już czasem bywa w futbolu, że jedni grają, a bramki strzelają drudzy. Na pewno wszyscy lechiści zagrali ambitnie, zwłaszcza Zbyszek Kobus, nikt też nie chciał przegrać. Niestety na skutek kontuzji Matuka i Kaczmarka musieliśmy zagrać piątoligową obroną, a ta nie sprostała zadaniu. Właśnie do defensorów mam największe pretensje. Najgorsze, że urazu nabawił się Marek Widzicki i w niedzielę możemy być w jeszcze gorszej sytuacji."