Przegląd Sportowy przeprowadził obszerny wywiad z Romanem Józefowiczem. ZApraszamy do lektury.

Powietrze jest tak gęste, że podrzucając monetę nie ma pewności, że spadnie na stolik. W „Maksie” nikt zakazem palenia się nie przejmuje. Roman Józefowicz zatruwa tu płuca od dziesięciu, może dwunastu lat. Codziennie wita go napis nad drzwiami „Twój przyjazny pub” i te same twarze, te same opowieści, to samo piwo. Dwie sale, na środku jednej nieczynny stół bilardowy przyozdobiony wazonem z kwiatami.

Przychodzą stoczniowcy, czasem zajrzą byli hokeiści, łatwo spotkać kibiców Lechii. „Romek, opowiedz, jak to z tym Juventusem było” – zaczepiają Józefowicza. A on zanurza wąsy w piwnej pianie, jakby szukał inspiracji i zaczyna wspominać. Wie, że się powtarza, oni znają finał tej historii. Ale i inni opowiadają o nim. W Lechii pracował z Bogusławem Kaczmarkiem: – Roman i jego barwne życie? On je, niestety, przebarwił.

Piłkarz

Wielkim piłkarzem nie byłem i jakby ktoś mi powiedział, że zagram z Juventusem, to pomyślałbym, że prędzej skoczę z dziesiątego piętra na główkę. W ekstraklasie mam jeden mecz, 20 minut z Bałtykiem. Nie wykorzystałem potencjału na własne życzenie. Jestem wychowankiem Lechii, zaczynałem u starego Korynta. Ale nie urosłem i od trenera Nowickiego usłyszałem, że jestem za mały i muszę odejść do Ogniwa Sopot. Tam mnie nauczyli grać, choć nie mieliśmy boiska i trenowaliśmy na hipodromie. Do Lechii wróciłem po latach, po jej spadku do trzeciej ligi. Budowali zespół oparty na wychowankach, ściągali wypożyczonych do innych klubów. Nie paliłem się do powrotu. W Wiśle Tczew byłem, jak to się mówi, bożyszczem miasta. Grali na mnie, sporo strzelałem i nie było zmiłuj. Tyle że w Tczewie na mecz przychodziło góra tysiąc osób, a w Gdańsku trzydzieści tysięcy. Dochodziła presja z ich strony, a ja wtedy znikałem. Kibic Lechii jest wymagający. Wiem coś o tym, bo jestem jednym z nich i tak się czuję do tej pory.

Sylwetka Romana Józefowicza

Lechia

Codziennie chodzę na Traugutta, czy pracowałem w klubie, czy nie, to muszę tam być. Lechia jest dla mnie treścią życia. Od czasu do czasu pojadę na wyjazd. Tylko koledzy żartują, że powinienem dostać zakaz stadionowy, bo pecha przynoszę. Jak z Lechem. Pojechałem do Poznania i 0:1 w łeb.

Miałem pięć lat, gdy ojciec zaprowadził mnie na stadion. Pierwszy mecz był z Arkonią Szczecin, skończyło się chyba 3:1, a przepięknego gola strzelił Apolewicz. Pamiętam też rok 70, miałem 10, a może 11 lat. Bramkarz wybijał z ręki, trafił w głowę „Apka” i gol. Potem sam grałem w mojej Lechii. Nigdy nie wywyższałem się z tego powodu. Moja pierwsza żona zauważyła, że gdy w autobusie ktoś podszedł, zapytał: „Panie Romku, co tam w Lechii?”, to nigdy nie powiedziałem „Do widzenia”, tylko odpowiadałem mu cierpliwie. Może dlatego tyle lat minęło, a wielu mnie pamięta. Nawet w więzieniu kojarzyli, kto to Józefowicz.

TUTAJ przeczytasz cały wywiad

przegladsportowy.pl