Wołają na niego Hienka. - Niezbyt fajna ksywa, ale mi nie przeszkadza. Szuprytowski to wymyślił, chyba się Animal Planet naoglądał czytamy w trojmiasto.sport.pl.

To był szokujący news. Od nowego sezonu w Borussii Dortmund, drugiej drużynie Ligi Mistrzów, nadal może grać trzech, a nawet czterech - jeśli zostanie Robert Lewandowski - Polaków. Kolejnym ma być Paweł Dawidowicz z Lechii, szczupły blondynek, który w maju skończył dopiero 18 lat.

- A ja nie byłem zaskoczony, bo znam Pawła i wiem, jak uparcie dąży do celu. On ma niesamowity charakter, jakże różny od większości polskich piłkarzy. Bez względu na to, gdzie gra, nigdy nie myśli o pieniądzach. A jedynie o tym, by dobrze grać w piłkę - podkreśla Adam Łopatko, który trenował Dawidowicza przez pięć lat. I dodaje: - Paweł od zawsze był małym profesjonalistą, a momentami nawet małym terrorystą. Kiedy jechaliśmy na obóz, dawałem z nim do pokoju największych łobuzów. Dlaczego? Bo choć ciszę nocną robiłem od 22, pół godziny wcześniej cały pokój Pawła już spał. Wszyscy. Nikomu nie odpuszczał, nawet tym najgorszym. Podobnie było w szkole. Klasa, 24 chłopaków, wszyscy piłkarze. Wiadomo - jednemu chce się bardziej, drugiemu mniej. I ci, którym się nie chciało, nie mieli łatwo. "Po co wy tu przyszliście!" - wrzeszczał na nich Paweł.

Złamana ręka? To nie problem

Dawidowiczowi zostały cechy przywódcze. Choć w ekstraklasie gra dopiero kilka miesięcy, nie boi się krzyknąć na kolegów, także tych sporo starszych i bardziej doświadczonych.

- Wierzę, że pracą i zaangażowaniem można zajść daleko. Jak ci nie idzie, zaciśnij zęby i rób dalej swoje. Jak trener stawia na innych, poczekaj cierpliwie, w końcu dostaniesz szansę, tylko nie przestawaj ciężko pracować - taki przepis na karierę ma Dawidowicz.

Pierwszy mecz w ekstraklasie rozegrał dopiero w maju tego roku. Wszedł w końcówce wyjazdowego spotkania z Zagłębiem Lubin, zmienił Wojciecha Zyskę.

- Czekałem na ten moment. I wiedziałem, że kiedy już wejdę, to będę miał niewiele czasu, by pokazać, co potrafię. Musiałem wykorzystać tę chwilę - wspomina młody piłkarz.

Ten rok jest dla niego wyjątkowy. Uczy się w III klasie XXI Sportowego Liceum Ogólnokształcącego na Przymorzu, czeka go matura, a jednocześnie dostał ogromną szansę w Lechii - mimo 18 lat ciężko sobie wyobrazić drużynę bez Dawidowicza. Jak godzi szkołę z grą i treningami?

- Ciężko jest. Kiedy mamy dwa treningi dziennie, to do szkoły wpadam tylko na chwilę, na dwie-trzy godzinki. Ale nauczyciele nie robią problemów, bo to szkoła sportowa, a u mnie w klasie są sami piłkarze - mówi Dawidowicz, który nie ukrywa, że najpierw piłka, potem nauka.

Ale do matury będzie gotowy. - Co prawda najpierw muszę się zająć bieżącymi zaliczeniami, ale niedługo zacznę przygotowania do matury. Będę zdawał angola, polaka i matmę. Z czego jestem najmocniejszy? W sumie szału nie ma nigdzie, ale i tak zdam.

- Nie często się spotyka chłopaka z taką ambicją. Chudy, mizerny, ale nikomu nie odpuści. Pamiętam, jak graliśmy z Białymstokiem. Stawka ogromna, finał mistrzostw juniorów, a tu Paweł łamie w meczu rękę. To znaczy wtedy tego nie wiedzieliśmy, bo kazał ją sobie owinąć bandażem i tak biegał do końca - grał, podtrzymując jedną rękę drugą. Chciałem go zdjąć, szkoda mi go było, ale gdzie tam, nie było mowy... Wygraliśmy 2:0, euforia była wielka. A chwilę potem okazało się, że ręka jest złamana - wspomina Łopatko.

Przeczytaj cały artykuł

Źródło: trojmiasto.sport.pl