- Zdarzyło się raz, że prezes wyciągnął mnie za ucho z imprezy i powiedział: – Gościu! Albo pracujesz albo wypad z mojej drużyny.

To był taki przełom. Wziąłem się za robotę i jestem tu, gdzie jestem. – mówi dla serwisu ostatniepodanie.pl Sebastian Małkowski, bramkarz Lechii Gdańsk.

- Sebastian Małkowski to pechowiec czy szczęściarz?
- Jeżeli chodzi o poprzedni sezon to pechowiec (śmiech). A jeżeli chodzi o obecny sezon to raczej szczęściarz, bo skorzystałem na kontuzji Mateusza i wskoczyłem do bramki. Broniłem do pewnego momentu, aż zdarzyła nam się słabsza dyspozycja. Szczególnie w meczach z Widzewem i z Lechem. Błędy w obronie, padły cztery bramki, ktoś widzi wynik i przy takiej ilości bramek, winnym zostaje bramkarz. Trener zdecydował, że daje mi odpocząć od piłki na kilka spotkań. Broni Mateusz, broni zresztą bardzo dobrze, ale dalej będziemy rywalizować o miejsce w pierwszym składzie. Dalej będziemy kolegami, będziemy sobie podpowiadać, bo przede wszystkim, liczy się dla nas dobro zespołu, a nie każdego z osobna. Wiadomo, każdy chce bronić, bo nasza pozycja jest dość specyficzna. Nie ma możliwości, że będziemy sobie grać po 45 minut. Musimy zdobyć zaufanie, żeby zdobyć formę, żeby był taki luz psychiczny. Nie do pierwszego błędu, tylko większy kredyt zaufania.

- Jaki jest największy ciężar, gdy odniesiesz kontuzje? Strach przed operacją, wysiłek podczas rehabilitacji, a nawet zmuszenie się do tego wysiłku czy niemożliwość trenowania? A może zapomnienie przez zespół, trenera?
- Kiedy miałem problem z więzadłami, to przez pierwsze 2 miesiące sporadycznie bywałem w szatni. Siedziałem po 4-6 godzin na rehabilitacji. To była żmudna praca, przez którą musiałem przejść. Nikomu tego nie życzę. Po miesiącu rehabilitacji i poczynaniu małych kroków do przodu przy takiej kontuzji, to te chwile zwątpienia trochę narastały. Był moment, że przez 2-3 dni miałem wszystkiego dość. Nie chciałem chodzić na rehabilitację, miałem dość tej pracy, nie chciałem tam chodzić. Siedziałem w domu, czytałem książki albo oglądałem telewizję. Wtedy do akcji wkroczyła żona, dostałem kopa w dupę i powiedziała, że mam nie zachowywać się jak dzieciak, i żebym wziął się do roboty. Były też słowa wsparcia od kolegów z drużyny.

Profil Sebastiana Małkowskiego w Lechia.net

- „O Boże, Boże, Boże, Bożenko! Jak mogłaś to robić z Cyganem?” – mówi ci to coś?
- Tak, tak (śmiech). Ten kawałek leciał w szatni, bodajże przed meczem ligowym z Wisłą Kraków. U nas takim wodzirejem, jeżeli chodzi o muzykę disco polo jest Piotrek Grzelczak. Wiesz… U nas muzyka leci cały czas.

- A kto odpowiada za atmosferę w szatni?
- Wiadomo… Kapitan, ale parę osób też robi różne kawały. Przeważnie Krzysiu Bąk wraz ze mną. Staramy się robić jakieś głupie żarty. Ostatnio podpadł nam Michał Rogacki, fizjoterapeuta. Nie jakoś mocno. Nawet nie pamiętam, o co poszło. Kupiliśmy Super Glue czy tam Kropelkę i kiedy Michał wyszedł na trening, my przykleiliśmy mu buty do podłogi. Trening się skończył, każdy pojechał do domu, a Michał nie mógł odkleić swoich butów. Co jest najśmieszniejsze? Te buty były tak przyklejone do podłogi przez 2 tygodnie. Michał trochę się na nas obraził, a trener nakazał nam odkupić jego buty.

- Jaki wpływ na twoją karierę miał „Bobo” Kaczmarek (przyp. FK – trener mieszka w Sztumie)?
- Bardzo duży. Po tej feralnej nocy, kiedy prezes wyciągnął mnie za ucho z imprezy, trener Kaczmarek powiedział mi: – Słuchaj, daj mi rok czasu, zaufaj mi. Trenuj tak, jak ci każę. Wykonuj to, co ci mówię, a będziesz grał gdzieś w piłkę. A jeżeli ci nie wyjdzie, to zawsze będziesz mógł sobie powiedzieć, że zrobiłem wszystko, żeby grać na najwyższym poziomie, ale niestety… Nie wyszło. A jeżeli ci wyjdzie, to będziesz wiedział, że zrobiłeś wszystko, żeby w tym miejscu być. Nie spoczywaj jednak na laurach, tylko trenuj jeszcze ciężej, żeby być jeszcze wyżej. I taka była właśnie moja współpraca z trenerem Kaczmarkiem. Razem z dwoma czy trzema kolegami chodziliśmy codziennie rano od poniedziałku do piątku na treningi. Trener „Bobo” Kaczmarek nas szlifował, ale z całej tej czwórki, tylko mnie udało się gdzieś zaistnieć i grać w piłkę na poziomie Ekstraklasy. Reszta chłopaków pracuje i grają gdzieś amatorsko.

Przeczytaj cały wywiad na stronie oststaniepodanie.pl

Źródło: ostatniepodanie.pl