Niektórzy twierdzą, że hazardzista zawsze będzie oszustem. On o hazardzie nie chce zbyt wiele opowiadać. Być może właśnie dlatego, że nie chce oszukiwać. Również samego siebie.

Z Grzegorzem Królem dziennikarze footbar.pl spotkali się w osiedlowej pizzerii na gdańskiej Zaspie. Już na wstępie zaznaczył, że chciałby opowiadać głównie o swojej przygodzie z piłką. Ale to nie miałoby sensu, skoro przy stole z ruletką spędził w życiu pewnie więcej czasu, niż na boisku…

W wywiadach modne są tytuły w stylu: „Niczego nie żałuję”. W twoim przypadku o taki nagłówek byłoby trudno, co?
Byłbym głupi, gdybym powiedział, że niczego nie żałuję. Byłem głupi. W wieku 29 lat przestałem grać w piłkę. Za wcześnie. Przeszedłem obok najfajniejszych lat życia i nie jest mi łatwo, kiedy o tym myślę.

Czego żałujesz najbardziej?
Trochę się tego uzbierało. Był hazard, doszedł alkohol… To wszystko bardzo regularnie. Pozornie fajne życie, zero stresu. Tyle że jak zaczynałem przygodę z piłką, to nie o tym marzyłem. Chciałem grać w najlepszych klubach, reprezentować kraj. Inne przyjemności sprawiły, że człowiek zapomniał o celach i najgorsze, że nie zdawał sobie sprawy z tego, jak dużo zaprzepaszcza.

Liczyła się zabawa.
Wiesz co, nie można patrzeć na to wszystko w kategoriach nie wiadomo jakiej zabawy. Przecież we Wronkach, czyli tam, gdzie spędziłem najwięcej czasu, nie szaleliśmy za dużo, bo zwyczajnie nie było gdzie.

Jak to nie było gdzie? Pod ręką mieliście Poznań, tylko trochę dalej Wrocław, Szczecin a nawet Berlin. Krążą przecież legendy, że po pewnym czasie w żadnym z tych miast nie mieliście wstępu do kasyn…
Posłuchaj, nie wiem na czym to polega… Na przykład nigdy nie byłem w żadnym berlińskim kasynie.

Profil Grzegorza Króla

Takie opowieści jednak krążą.
Chciałbym spotkać takich dwóch dziennikarzy, którzy napisali te bzdury bodajże w dodatku do „Przeglądu Sportowego”. Nie pamiętam jak się nazywają. Podejrzewam, że chcieli zaistnieć. Berlin to nic! Napisali, że jak wracaliśmy ze zgrupowania młodzieżowej reprezentacji, to zakładaliśmy się w autobusie, który ptak pierwszy odleci z drzewa. Totalny debilizm. Nie mówię, że nie było hazardu, zakładów i tego typu rzeczy. Nie mam siedemnastu lat, żeby coś ukrywać. Ale doszło do tego, że przy przekształcaniu różnych historii, absurd goni absurd.

Czyli drzwi do kasyna nikt przed wami nie zamykał?
Wstęp był zawsze i wszędzie. Jeżeli nieraz jeździłem na przykład do Wrocławia, to tylko dlatego, że nie chciałem kolejnego przypału. W Poznaniu wszyscy mnie znali. Ale bzdurą jest też gadanie, że grałem non-stop. Jakby nie patrzeć, kopałem piłkę na profesjonalnym poziomie – w lidze walczyliśmy o konkretne miejsca, graliśmy w europejskich pucharach. Owszem, po meczach – sobota, niedziela, czasami poniedziałek – mówiło się w klubie, że jedzie się do kina, a szło do kasyna. Ale tylko co jakiś czas.

Nie lubisz dziennikarzy?
Jestem ponad nimi. Chcą wymyślać, to niech wymyślają. Ja się nie przejmuję ani tymi złymi ani dobrymi. Każdy ma swoją pracę. Wy oceniacie piłkarzy, jak chcecie. Ktoś chce napisać źle to napisze.

Co myślisz o przyjaźni na linii zawodnik – dziennikarz?
Z Krzysiem Stanowskim przyjaźnię się od Wronek. Przyjeżdżał wtedy do Grzesia Szamotulskiego i tak zostało na lata. Myślę, że w kumplowaniu się z dziennikarzami nie ma nic złego. Przecież nie jesteście jakimiś dziwolągami. Można się przyjaźnić i z księgową, i z księdzem, i z dziennikarzem też. Ważne żeby oddzielić pracę od prywatności.

W mediach mówiło się na ciebie „Król hazardu”.
Ale dopiero pod koniec mojej przygody na wyższych szczeblach, jakoś w Polonii Warszawa. Wtedy na poważnie zaczął się też problem z alkoholem. Wcześniej to był temat tabu. Choć w środowisku się mówiło.

Podkreślasz często, że pierwsza wizyta w kasynie to wyrok…
Byłeś kiedyś w kasynie?

Przeczytaj cały wywiad składający się z 2 części na stronie footbar.pl

Źródło: footbar.pl