Serwis trojmiasto.sport.pl rozmawiał z dyrektorem marketingu Lechii Gdańsk Januszem Biesiadą.

Kacper Suchecki: W poprzednich sezonach mówiło się, że marketing nie działa tak, jak powinien funkcjonować w dużym europejskim klubie. Tłumaczono to często niskim budżetem takiego działu. Czy po zmianach właścicielskich ten element został już odpowiednio dofinansowany, aby dogonić największe polskie i zagraniczne kluby?
Janusz Biesiada: Oczywiście zależy nam, aby dążyć do najlepszych wzorców. Nie chciałbym oceniać moich poprzedników, ale na pewno nastąpi znacząca poprawa pewnego rodzaju otwartości. Uważam, że do tej pory w Lechii wykonano wiele ciekawych działań, natomiast teraz skierujemy naszą aktywność nie tylko do "twardych", najzagorzalszych kibiców. Postaramy się skomunikować z grupą trochę innych fanów. Jest to oczywiście pewien proces, który nie nastąpi z dnia na dzień. Myślę, że te działania, które klub planuje wdrożyć, będą jednak wyraźnie odczuwalne. Jeśli chodzi o budżet, to od początku roku powinien on być już znacznie większy.

Czasami niepotrzebny jest ogromny budżet, aby znaleźć sposób na dotarcie do kolejnych kibiców. Często wystarczą chęci.
- Chęci wydaje mi się, że były. Widzę wiele ciekawych pomysłów, jednak pracowano tutaj na zaciągniętym hamulcu ręcznym i po prostu niektórych pomysłów nie można było realizować. Nie wiem, jaki był tego powód. W Gdańsku da się wyczuć olbrzymie zapotrzebowanie na dobrą i profesjonalną drużynę piłkarską. Kibice, dziennikarze, miasto oraz sponsorzy tego oczekują. Oczekuje się, że klub będzie na odpowiednim poziomie promocyjnym i otwarcia do kibiców. Dlatego naszą pracę planujemy wykonać inaczej.

Podstawowe cele działu marketingu Lechii w sezonie 2014/2015 to... ?
- Na pewno chcemy doprowadzić do szeregu drobnych działań, które ocieplą nasz wizerunek i zachęcą osoby, które jeszcze na meczu Lechii nie były, do przyjścia na nasz stadion. Po moich obserwacjach w pierwszym meczach zauważyłem, że na nasze mecze chodzi bardzo dużo kobiet i dzieci. Było to dla mnie sporym zaskoczeniem. Podobnie jak dla wielu ludzi, którzy nie byli dotychczas na PGE Arenie, nie interesowali się piłką i myślą stereotypowo o przeważających na trybunach "twardych kibicach". Jest to jednak absolutnie nieprawda. Być może wcześniej następował problem z komunikacją i pokazaniem, że na stadion warto przychodzić.
Głównie skupimy się także na frekwencji. Jeżeli stadion będzie zapełniony w dużej części, wtedy będziemy mówić o sytuacji, kiedy nikt obok takiego produktu obojętnie już nie przejdzie. To się przełoży na zainteresowanie kibiców, sponsorów. Są to rzeczy oczywiste, ale czasami trzeba wrócić do teorii, aby nie popełniać więcej błędów. Pracy jest z pewnością ogrom.

Za poprzedniego właściciela w dziale marketingu pracowały tak naprawdę jednostki. W porównaniu z dużymi klubami polskimi - Lech pięciu pracowników, Legia ośmiu, a np. w hiszpańskiej Valencii ok. 20 - jest to chyba za mała liczba. Jak będzie wyglądał Pana sztab?
- To prawda, że do tej pory trzon ludzi pracujących w Lechii nie był zbyt duży. Planujemy to zmienić. Z pewnością korzystać będziemy także z usług firm zewnętrznych, pozyskiwanych w zależności od tematów koniecznych do zrealizowania. Zastanawiamy się, czy zatrudnimy dodatkowe osoby odpowiedzialne za poszczególne zadania czy bardziej skupimy się na specjalistycznych firmach. Z pewnością będzie to działać prężniej.

Mówimy o zmianach, a kibice narzekają na brak replik koszulek meczowych. Co się stało i kiedy fani będą mogli taki sprzęt zakupić?
- Jest to poważny minus. Nastąpiło opóźnienie. Mamy nowego partnera technicznego, z którym współpracujemy - firmę Saller. O ile poradziliśmy sobie ze sprzętem dla wszystkich piłkarzy, o tyle ta część komercyjna jeszcze do nas nie dotarła. Myślę, że do końca września wszystko już będzie wyjaśnione.

A jak wyglądać będą ceny tych koszulek? Będzie taniej niż w przypadku Adidasa, bo kibice byli za poprzedniego partnera technicznego oburzeni wysoką ceną replik meczowych.
- Ceny na pewno będą niższe. Planujemy przyjąć bardziej wariant ilościowy niż taki, gdzie będziemy windować ceny. Dużo chętniej zobaczymy na trybunach tłumy kibiców w naszych koszulkach.

Czy jeden z symboli Gdańska stanie się choć na chwilę reklamowym nośnikiem dla Lechii? Mówię o popularnym "Zieleniaku"? W poprzednim sezonie na biurowcu w centrum miasta pojawił się banner z reklamą telewizji NC+, gdzie promowano oglądanie meczów Lechii. Nie wyglądało to źle.
- Powiem szczerze, że zastanawiamy się nad tym. Jest to temat, który gdzieś tam krąży. Zobaczymy, czy nie będzie to zbyt duża bariera finansowa. Miejsce jest niezwykle rozpoznawalne, nazwa i kolor budynku również pasują, więc czemu nie [śmiech]. Nie mamy przeciwswkazań, będziemy działać.

Nie skupiając się na sukcesie sportowym, jaki wynik frekwencyjny będzie minimalnym, który Lechia będzie chciała osiągnąć?
- Oczywiście ciężko sobie wyobrazić wypełnienie trybun bez dobrej gry na boisku. Jednak jeśli mam podać liczby, to życzymy sobie, aby osiągać w każdym meczu wynik lepszy niż 15 tys. Dodatkowo liczymy na kilka spotkań z frekwencją ponad 20 tys. osób na trybunach PGE Areny.

Źródło: trojmiasto.sport.pl