Z Jarosławem Bieniukiem, piłkarzem Lechii Gdańsk, rozmawiała Ewelina Potocka z serwisu onet.pl.

Jarosław Bieniuk: Piłkarzem chciałem być od kolebki. Babcia i rodzice zawsze opowiadali, że jedyną zabawką, która potrafiła zainteresować mnie na dłużej, była właśnie piłka. Najpierw biegałem i kopałem po domu piłki plażowe, potem z kolegami na podwórku graliśmy w nogę. Miałem to szczęście, że wychowywałem się na blokowisku na gdańskiej Żabiance, gdzie dzieciaków było dużo i cały wolny czas spędzałem na podwórku.

Z profesjonalną piłką zetknąłeś się już jako maluch.

Pierwszy raz byłem na Lechii, gdy miałem trzy lata. Mój tata skończył AWF i trenował piłkę ręczną, a wujek cioteczny grał w rugby, więc sport chłonąłem od dziecka. Chodziłem z nimi oglądać mecze piłkarzy ręcznych Wybrzeża, na siatkówkę. Pamiętam, w przerwie między połowami dzieciaki mogły wyjść na parkiet i pokopać piłkę. To działało na wyobraźnię. Tata miał podejście pedagogiczne - jak chciałem, to zabierał mnie ze sobą, jak kręciłem nosem, to odpuszczał. Właściwie do liceum miałem w głowie tylko piłkę - pokój obklejony plakatami  piłkarzy z brytyjskiego czasopisma "Match", po który regularnie biegałem do empiku, wieczory spędzone przed telewizorem na śledzeniu ligi angielskiej.

Niemniej początki kariery były skromne, bo trenowałeś w nieistniejącym już Ogniwie Sopot.

To było takie trenowanie za bramką na stadionie do rugby, na boisku Szkoły Podstawowej nr 7 czy na boisku w parku. Pamiętajmy jednak, że Ogniwo wychowało dwóch reprezentantów Polski, ponieważ ze mną grał tam także Tomek Mazurkiewicz.

Dopiero potem, gdy osiągnąłeś pewną dojrzałość, czyli stałeś się nastolatkiem, rodzice pozwolili ci samemu jeździć trójmiejską SKM-ką i mogłeś przymierzyć się do Lechii.

To był naprawdę wielki przeskok. Miałem 14 lat i, jeszcze jako zawodnik Ogniwa Sopot, pojechałem z Lechią na turniej Gothia Cup do Szwecji. Gdy trener Gładysz przyjął mnie do drużyny, czułem ogromną radość, ale wiedziałem też, że mam szczęście. Dostać się tam nie było tak łatwo, bo Lechia była najmocniejsza w regionie.

Mówisz przeskok, czyli po prostu zaczęła się gra o wielką stawkę.

Trener Gładysz od razu na pierwszym spotkaniu powiedział, że będziemy walczyć o Mistrzostwo Polski. Dla mnie to był szok - nagle te rzeczy stają się realne. Lawina ruszyła szybko. Po kilku miesiącach dostałem powołanie do Reprezentacji Polski U-16, do trenera Zamilskiego. Zagrałem w sumie kilkadziesiąt spotkań w reprezentacji młodzieżowej. Zobaczyłem, że mogę coś osiągnąć.

Profil Jarosława Bieniuka w Lechia.net

Byłeś uznawany za jednego z najzdolniejszych młodych piłkarzy. Szybko zostałeś zauważony. 

- Trener Hubert Kostka zabrał mnie, jako jednego z bardziej utalentowanych juniorów, na obóz z nieistniejącą już Lechią/Olimpią Gdańsk. To byli piłkarze z pierwszych stron gazet, a ja byłem najmłodszy. Trenowałem wtedy z Juliuszem Kruszankinem, bardzo znanym i zarazem bardzo wysokim piłkarzem. Trener Kostka powiedział mu, że ma zrobić ze mnie swojego następcę. Julek bardzo się tym przejął. Uczył mnie nawet w jaki sposób biegać, żebym "szatkował kapustę". Kiedyś mieliśmy starty, wybiegłem przed niego i wygrałem z nim na odcinku biegowym. Spytał się wtedy, czy byłem w wojsku. Odpowiedziałem, że nie. Wytłumaczył mi dosadnie, co to znaczy "wychodzić przed szarżę". Szybko nauczyłem się okazywać starszym piłkarzom respekt i starałem się trzymać równo, nie rywalizować. To był czas, gdy pomyślałem, że naprawdę mogę zostać profesjonalnym piłkarz.

I połknąłeś bakcyla!

- Poczułem, jak to może wyglądać. Zaczęliśmy jeździć na turnieje za granicę, dostałem dres firmowy, korki. Graliśmy na Lechii, tu, gdzie jako dziecko chodziłem oglądać mecze. To było niesamowite. Pamiętam, że jak dostałem ten dres, to poszedłem w nim do szkoły (a była to już pierwsza klasa liceum). Udawałem, że zaraz po lekcjach mam trening. Chciałem się pochwalić. Był szpan.

"Lechijko, ukochana ma drużyno"?

- Nie chcę popadać w przesadę, jak niektórzy koledzy, ale wiem o tym, że jak skończę grać, to nie odetnę się od klubu. Będę przychodzić na Lechię, będzie tu przychodzić mój syn i wnuk. Tak jestem nauczony przez swoich najbliższych i to chcę przekazać dalej. Ale przyjmuję też podobną zasadę jak mój tata - nie zmuszam moich dzieci do niczego. Starszy syn trenuje piłkę nożną, chętnie chodzi na treningi. Teraz już sam tego pilnuje. Często pomaga mi mój tata, zawozi syna na treningi. Staram się zaszczepiać miłość do piłki i do Lechii.

Podczas naszej rozmowy wspominałeś o zakończeniu kariery. Jesteś tego pewny?

Mam 34 lata i z Lechii już nigdzie nie odejdę. Swoje w życiu wykopałem i być może w czerwcu będę musiał skończyć karierę. Być może zostanę jeszcze rok. Nie wiem. Wiem natomiast, że na pewno zostanę przy sporcie.

Jakieś konkrety?

Dostałem propozycję komentowania meczów w telewizji, mam parę swoich pomysłów. Znam się na sporcie, lubię to i chciałbym to robić, ale co będzie, zobaczymy.

Cały wywiad przeczytasz tutaj

Źródło: onet