Po 10. latach kariery trenerskiej Marek Płonka opuszcza stery Lechii, którą zostawia z tytułem Mistrza Polski.

Przez te lata nauczył się bardzo wiele, ale przede wszystkim poznał klub od podszewki. O takich osobach jak on mówi się - weterani rugby, a jest to bardzo szlachetne stwierdzenie. Marek Płonka to człowiek z honorem i zasadami, który zaczynał grać w rugby dla własnej przyjemności, a nie chęci wzbogacenia się. Przez piękne lata swojej kariery zawodniczej był idolem dla wielu adeptów tej dyscypliny. Podobno nie miał oficjalnego zakończenia kariery zawodnika, a przecież zasłużył na to jak mało kto. Niech najbliższy mecz finału Pucharu Polski z Arką będzie podwójnym świętem dla Marka Płonki - uroczystym zakończeniem kariery sportowca oraz trenera pierwszej drużyny Lechii Gdańsk. Od zawsze związany z klubem z Gdańska. Jak sam mawia - lechistą się jest, a nie bywa. Panie i Panowie, zapraszam na ostatnią rozmowę z trenerem Płonką w roli szkoleniowca biało-zielonych - Łukasz Jurczak. 

Trener Marek Płonka kończy karierę? Jak to się stało?
Jestem już po prostu zmęczony. Praca w klubie jest specyficzna – musisz szarpać się ze wszystkim. Nie można być tylko trenerem. Trzeba być psychologiem, lekarzem i wszystkim po kolei. Te duże chłopy mają swoje problemy, które trzeba wysłuchać. Praca trenera jest stresująca, ponieważ na tym poziomie istnieje duża presja wyniku, bo za tym idzie finansowanie. Często od wyniku zależy być albo nie być dla klubu. Kiedyś jak wygrywało się mecze to automatycznie było się najlepszym, dzisiaj poprzez fazę play off można zająć 2 miejsce i wygrać mistrzostwo Polski z drużyną, która nie przegrała żadnego meczu fazy zasadniczej. Jak byłem na początku trenerem, to zająłem 1 miejsce, a skończyłem ostatecznie na 4, bo zagrałem pełnym składem z Arką i straciłem 4 podstawowych zawodników. Po tym graliśmy z Lublinem, który zepchnął nas na 4 pozycję. Część tych emocji przenosi się do domu, a rodzina musi wysłuchiwać żale i rozterki.

Lechia Gdańsk

Czy pamiętasz swój pierwszy rok pracy trenerskiej w Lechii? 
Oczywiście, że tak. Był to czas bardzo dużych zmian, również w strukturze klubu. Nie mieliśmy niczego – jeździłem po firmach, żeby uszyć koszulki. Szukałem sponsorów, ponieważ zostaliśmy bez środków. W sumie, to z grupką kilku osób uratowaliśmy Lechię przed degradacją do drugiej ligi lub rozpadem klubu w ogóle. Nie mieliśmy niczego. Pamiętam, że przez pewien czas pracowałem społecznie, a zawodnicy grali nie biorąc za to grosza. Udało się, ponieważ chyba tylko bez jednego roku graliśmy o medale i nie było źle. Później nastąpił przełom z Januszem Urbanowiczem, który zdobył Puchar Europy z Arką jako zawodnik i z tym sukcesem poszedł do mediów i Prezydenta Pawła Adamowicza, żeby paradoksalnie ratować Lechię. Od tamtego momentu miasto się nami zajęło. Musieliśmy w klubie stworzyć struktury i z kilkoma zaprzyjaźnionymi osobami dźwigaliśmy ten ciężar. Byli to na pewno m.in. Janusz Śliwiński, Janusz Urbanowicz i Paweł Sienkiewicz. Prowadzenie zespołu to skomplikowana sprawa, bo taktyka to jedno, ale jest przy tym cała masa problemów. Nie mówię, że już nigdy nie będę trenerem w klubie, ale na jakiś czas trzeba dać sobie spokój. Żona widziała jak wyglądałem po ostatnim spotkaniu z Arką. Mało kto zdaje sobie sprawę, że trener po meczu ma zakwasy większe niż zawodnik. Muszę brać magnez i kilka innych witamin, żeby nie zrywać się ze skurczami w nocy. Trener ma swoich fanów i przeciwników. Ci drudzy nakręcają mnie swoją złością, a dobre słowo fanów przydaje się w złych chwilach. Pamiętajmy, że zwycięzca ma samych przyjaciół, a zwyciężony niewielu. Przesłałem to kiedyś trenerowi Wencie, kiedy przegrał mecz – odpowiedział mi, że trafiłem w 100%

Wydaje mi się, że w Lechii byłeś od zawsze. Jak z perspektywy czasu zmieniał się klub i jak wygląda dzisiaj?
Klub ewaluował i ten najcięższy okres ma już za sobą. Ja mam to szczęście, że jak było źle to byłem pierwszym trenerem, a jak trochę lepiej to drugim. Jestem specjalistą od trudnych sytuacji najwyraźniej. Nie daliśmy się jednak pokonać tak jak niestety Ogniwo, które spadło z ekstraligi. Ważne jest wparcie miasta, które promujemy przecież w całym kraju. Finanse przy klubie muszą być, jeśli ma się on rozwijać. Po tylu latach widzę, że są stworzone struktury i klub lepiej funkcjonuje. Ciężko to nazwać zawodowstwem, ale są już ku temu przesłanki. Rzeczy nad którymi musimy popracować jest wiele, ale po to są członkowie stowarzyszenia. Nie można osiadać na laurach, ponieważ wtedy tylko się traci. Trzeba cały czas pilnować swojego, dbać o media i śledzić nowości.

Zostawiasz Klub z wielkim sukcesem, jest nim kolejny złoty medal mistrzostw Polski. 
To mnie akurat bardzo cieszy, ponieważ dokonaliśmy tego z Pawłem. Stworzyliśmy duet, który bardzo dobrze się wypełniał. Mam od Pawła dużo większe doświadczenie boiskowe, które zdobyłem m.in. podczas 7 lat spędzonych we Francji. Przez ten czas nigdy nie grałem w niższej lidze, a 3 razy trafiłem do reprezentacji tygodnia w plebiscycie Midi Olympique. To dziennik, który po kolejce tworzy swoje eksperckie zestawienie. Było wtedy we Francji 80 drużyn, a ja byłem aż 3 razy nominowany w rankingu. Największy sukces, i to bezapelacyjnie, wywalczył sobie Grzegorz Kacała, jednak nieskromnie powiem, że ja byłem drugi. Byłem jedynym Polakiem, który był kapitanem drużyny francuskiej. To niebagatelne osiągnięcie, ponieważ Francuzi traktowali nas jak rugbową niszę, a jednak wybrali mnie. Mam doświadczenie w robieniu odpowiedniej atmosfery i umiem to robić. Ludzie mi ufają i chyba nikt nie może mi zarzucić, że zostawiłem go z problemem, lub nie spróbowałem chociaż walczyć o niego. Zostawiam klub w dobrych rękach Pawła, który już zdążył okrzepnąć po pierwszym roku, bo inaczej pracuje się w ekstralidze, niż w Pruszczu z pierwsza ligą – z całym szacunkiem dla tych chłopaków. U nas jest inna mentalność ludzi, różnica poziomów, inne problemy. Trzeba się wspiąć często ponad drużynę, aby móc nią dowodzić. Trener musi przekonać, że to co robi jest dobre. Czasami wystarczy te proste rzeczy dobrze wykonywać, żeby wszystko się układało. Dogadywaliśmy się super – w zimę, na siłowni i potem podczas treningów na boisku. Dzieliliśmy się treningami i każdy wiedział co ma robić. Miałem duże wparcie ze strony Pawła a on ode mnie. Ze spokojem zostawiam drużynę w jego rękach – jestem pewien, że wie co robi. To ambitny i ułożony chłopak.

Kto dołączy do Pawła Lipkowskiego? Czy może jest jeszcze za wcześnie, żeby o tym mówić? 
To musi być trener, którego wybierze sobie Paweł. Miałem już narzuconych trenerów i nie zawsze to się sprawdzało. My akurat dogadywaliśmy się bez problemu chociaż ja jestem cholerykiem, często wybucham – Paweł jest inny. Zajmował się atakiem i nie wtrącał się w moją pracę z młynem. Nie udawał, że się lepiej zna i nie zmieniał moich założeń – ja robiłem to samo. Ważną rzeczą w pracy trenerskiej jest, żeby najpierw sprawdzić to samemu na boisku. Mówię o sobie, że jestem trenerem boiskowym, bo wszystko przeżyłem na własnej skórze. Wiem co można zrobić, a co jest niewykonalne. Podobnie Paweł, który grał w ataku i jest tu ekspertem. Rozmawialiśmy już z potencjalnym kandydatem i myślę, że będzie to ktoś odpowiedni. Musi być to osoba, którą respektuje drużyna - musi także posiadać charyzmę. Wcale nie trzeba krzyczeć, ale tak pracować, żeby zawodnicy w ciebie wierzyli i były z tego jakieś efekty. Jeśli to co robisz wychodzi, to nie potrzeba nic więcej. Myślę, że jeśli uda nam się przekonać tą osobę, to zarząd zaakceptuje taką kandydaturę w 100%.

Lechia Gdańsk

Na walnym zebraniu członków stowarzyszenia RC Lechia Gdańsk, które odbyło się wczoraj zostałeś zaproszony do zarządu klubu. 
Uważam, że zarząd powinien chodzić jak dobra maszyna, w której każdy tryb jest za coś odpowiedzialny. Nie można mówić na spotkaniach o wszystkim, ponieważ musi być wyraźny podział obowiązków. Widzę siebie w roli kogoś, kto będzie odpowiedzialny za opiekę medyczną, bo rugby to urazowa dyscyplina i przychodzi moment, że kontuzje pokazują się jak grzyby po deszczu, a zawodnicy muszą mieć wtedy oparcie. Trzeba stworzyć system pracy z lekarzami. Póki co to głównie pasjonaci, którzy nam pomagają tacy jak dr Pawlak czy dr Rafało. Obaj biorą zawodników i starają się im pomóc jak najszybciej i praktycznie za darmo. Nie zawsze będą to robić na takich zasadach, ale jeśli stworzymy działający system medyczny, to i oni oraz zawodnicy będą czuli się bezpieczniej. Następna rzecz to kwestia medialna. Nasza dyscyplina potrzebuje tego jak sucha ziemia wody. Będę pracował z Marcinem Ośką, który jest profesjonalistą w tym względzie i ma duży warsztat wyniesiony z firmy KFC. Musimy sprzedawać nasze sukcesy. Wiemy, że wiele bogatych klubów wykupuje całe strony w gazetach, żeby prasa o nich pisała, ale nie wszystkich na to stać. Można też wykupić taką reklamę, ale ludzie nie będą chcieli tego czytać. Ostatni mecz z Arką i wykonanie przez naszych Samoańczyków „Samoa Siva” (odmiana haki – red.) okazało się medialnym sukcesem. Te obrazki były we wszystkich mediach. Nie ciężko było ich namówić do jej wykonania, chociaż to dla nich bardzo ważna sprawa. Rozmawiałem z nimi i powiedzieli, że jest teraz odpowiedni moment, żeby to zrobić. My jako lechiści byliśmy tłem, a oni „tańczyli” i prowadzili całość. Podczas finału w Gdyni była fantastyczna oprawa, którą przygotowali m.in. nasi młodsi zawodnicy oraz czirliderki mojej żony. Widziałem obok siebie szaliki Lechii oraz Arki i nikomu to nie przeszkadzało. Ludzie przychodzą na mecz, żeby zobaczyć spektakl, wydarzenie, a nie żeby urządzać sobie bijatyki. Jak przyszliśmy na pierwszy trening po finale, to zobaczyliśmy na drzwiach szatni kartkę od pracowników Schroniska Młodzieżowego „Gratulujemy MP”. Ludzie na siłowni podchodzą i gratulują – to wszystko jest bardzo miłe. Jak Boga kocham - ci chłopcy, którzy grają zasługują na to. Gdyby mierzyć napięcie jakie było na meczu w Gdyni, to byłoby ono tak ogromne, że można by nim zasilić całe miasto. Jedna i druga drużyna zagrały dobrze, a losy meczu ważyły się cały czas. Jak wróciłem do domu to byłem tak wypluty z emocji, że z tego wszystkiego padłem.

Czy bierzesz pod uwagę start w konkursie na trenera Reprezentacji Polski? 
Przede wszystkim to musiałbym najpierw dostać taką nominację od szefa wyszkolenia, czyli trenera Niedźwiedzkiego. Na razie nie poruszam tego tematu. Jedno jest dla mnie pewne, kadrze się nie odmawia, niezależnie czy są przy niej pieniądze czy nie. Taką propozycje dostaje się raz w życiu. Niech to będzie moim komentarzem. 

Czuję, że łezka się w oku kręci...? 
Jestem w rugby 33 lata. W roku 1980 zaczynałem grać w Lechii. Kto ma sportowca w rodzinie, ten wie jakie to życie. Żony rugbistów znają się lepiej na rugby niż niejeden sympatyk. Nie jest to natomiast łatwe życie. Moja żona się o tym przekonała i moja przyszła synowa również. Gdzieś ta para z gwizdka musi wylecieć i to jest właśnie rodzina. Trafiłem na szczęście na taką kobietę, która wytrzymała ze mną wiele lat. 27 lat jesteśmy po ślubie i przez ten cały czas wszystkie weekendy i wakacje były podporządkowane pod rugby. Ala się ze mnie śmiała, ponieważ jak wyjechaliśmy gdzieś na 2 tygodnie, to pierwszy odpoczywałem, a podczas drugiego zastanawiałem się co będę robił jak przyjadę do domu. Mojej kochanej żonie muszę podziękować za końską wytrwałość i 27 lat małżeństwa. Mam nadzieję, że teraz w szczególności ona odpocznie, chociaż w sumie jest jeszcze syn, który ma taką sama pasję jak ja.

Co chciałbym dodać na koniec? 
Dla mnie najważniejsze jest to, że miałem okazje pracować ze wspaniałą grupą ludzi. Zawsze staraliśmy się tworzyć zgraną bandę wariatów, którzy mają jeden cel. Przed ostatnie lata w Lechii miałem zaszczyt trafić na wyjątkowe osoby. Jako trener zostanę w ich pamięci już na zawsze. Każdy z zawodników ewaluował przez te lata spędzone ze mną. Kiedy przyszedł do nas 7 lat temu Tomek Rokicki, był to tylko szybko biegający rugbista z Olsztyna. Dzisiaj ociera się o kadrę i jest znakomitym zawodnikiem. Takich przykładów jest o wiele więcej, chociażby Grzegorz Janiec czy mój syn Marek – byłem z nimi jako trener reprezentacji w Belgii i wiem co wtedy potrafili, a jak jest dzisiaj. Grzesiu wyjeżdża do Francji i z powodzeniem rywalizuje z zawodowcami. Marek jest podstawowym zawodnikiem Lechii oraz łapie się do kadry seniorów "15" i "7". Jeśli miałem wpływ na rozwój tych zawodników, to jest to dla mnie największa nagroda.

Ostatnim Twoim meczem w roli trenera będzie spotkanie z Arką Gdynia w finale Pucharu Polski. 
Arka przegrała ligę i jest tym podrażniona. Fakt, nieznacznie bo czterema punktami, a to w rugby bardzo mało, jednak to my byliśmy lepsi niezależnie jak na to patrzeć. My też skóry tanio nie sprzedamy i chciałbym, żeby zawodnicy również teraz podeszli do meczu na 100%, bo właśnie tak było dwa tygodnie temu. Dla tej atmosfery w szatni oraz dla końcowego gwizdka, kiedy można podnieść ręce do góry w geście triumfu - warto żyć . Arka oglądała nasz mecz, a my ich chyba już z 5 razy. Wiem, że Stachu szuka czarnej dziury w taktyce Lechii, bo to samo robimy my. Powtarzam, że mecz wygrywa ten kto zrobi mniej błędów – wynik jest zatem otwarty. Gramy u siebie i to jest naszym atutem, a ukoronowaniem mojej przygody trenerskiej było by pozostawienie drużyny z podwójna koroną. Chciałbym się właśnie tak pożegnać z drużyną i kibicami. Nie dopuszczam myśli, że mogło by być inaczej. Głęboko wierzę w zespół i wiem, że chłopacy są w stanie to zrobić. Żaden sportowiec nie może wyjść na boisko z myślą, że może przegrać zawody. Tak właśnie Lechia podejdzie do finału PP z Arką. 

Lechia Gdańsk

Zobacz fotorelacje z meczów rugby

Źródło: lechiarugby..pl