Związek Andrzeja Kuchara z Lechią nieuchronnie dobiega końca.

Plany były wielkie, jednak przez cztery lata nie udało się stworzyć w Gdańsku klasowego zespołu, który przyciągałby na PGE Arenę tłumy kibiców. Co oznacza dla klubu odejście Kuchara i kto może Lechię uratować - zastanawia się Tomasz Osowski z "Gazety".

W poniedziałek rano na oficjalnej stronie gdańskiego klubu pojawił się lakoniczny komunikat:

"W związku z zaistniałymi w ostatnim okresie faktami, jako pośredni większościowy akcjonariusz Lechii Gdańsk SA, bez względu na opinię mojego męża Andrzeja, podjęłam decyzję o uruchomieniu procedury mającej na celu zakończenie współpracy". Podpisała się pod nim Ewa Andreasik-Kuchar, żona Andrzeja Kuchara.

To ona jest 100-procentowym udziałowcem Dolnośląskiego Centrum Doradztwa Gospodarczego, które kontroluje Wrocławskie Centrum Finansowe. Z kolei tenże WCF posiada 71,3 proc akcji Lechii. Sam Kuchar od jakiegoś czasu formalnie nie posiada akcji Lechii, choć to tylko figura prawna, gdyż wiadomo, że to on pociągał za wszystkie sznurki. Według nieoficjalnych informacji Ewa Andreasik-Kuchar od dłuższego czasu naciskała, aby jej mąż jak najszybciej zakończył współpracę z Lechią. A miarka przebrała się podczas niedzielnego meczu z Ruchem Chorzów, w trakcie którego kibice Lechii przeprowadzili przeciwko Kucharowi akcję protestacyjną. Niezadowoleni z jego rządów rozwiesili transparent z napisem: "Kuchar oszuście, kiedy spełnisz swoje obietnice?", wykrzykiwali również obraźliwe hasła, m.in.: "Kuchar kłamca", "Kuchar! Co? Pinokio!" i "Kuchar, ty cw..., żądamy w zimie transferów".

O tym, że Kuchar może zostawić Lechię, mówiło się od dawna. Wśród potencjalnych nowych właścicieli Lechii wymieniało się w ostatnich miesiącach m.in. właściciela JW Construction Józefa Wojciechowskiego, firmę Drutex czy zagranicznych milionerów - Rosjanina Antona Zingarewicza oraz Niemca Franza Josefa Wernze. Sam Kuchar wielokrotnie zaprzeczał, jakoby chciał pozbyć się swoich udziałów, a z oficjalną propozycją ich odsprzedania wystąpił tylko raz - w 2012 roku zaoferował swoje akcje miastu Gdańsk. Chciał za nie 10,7 mln zł, jednak miasto propozycję odrzuciło.

Teraz Kuchar ostatecznie rezygnuje z Lechii, ale to wcale nie musi oznaczać końca kłopotów klubu. Kluczową kwestią pozostaje bowiem, kto i kiedy przejmie jego akcje. Ewentualny nabywca musiałby się pewnie liczyć z wydatkiem ok. 15-20 mln zł oraz uregulować dług w wysokości 11,4 mln zł (plus odsetki), jaki ma wobec Kuchara klub (nie był on bowiem inwestorem, ale raczej pożyczkodawcą).

Jaki byłby idealny scenariusz dla Lechii? Do Gdańska wjeżdża na białym koniu bogaty inwestor, obiecuje wyłożenie wielkich pieniędzy i stworzenie zespołu, który nie tylko powalczy o mistrzostwo Polski, ale po wielu latach wyważy bramę do Ligi Mistrzów - niedostępnej od lat dla zespołów naszej ekstraklasy. Lechia to na pewno klub z potencjałem - ma rzeszę wiernych kibiców, gra na pięknym stadionie, do kompletu brakuje tylko dobrego zespołu. Do tego potrzebne są tylko i aż duże pieniądze.

Póki co nie wiadomo, czy Kuchar znalazł potencjalnego kupca albo czy ktoś chociaż pojawił się na horyzoncie. Jednak to raczej mało prawdopodobne. Biorąc pod uwagę, że wspomniany dług trzeba uregulować do końca roku, sytuacja Lechii jest nieciekawa. Grozić może jej nawet upadłość, bankructwo i brak licencji na grę w ekstraklasie, a to wiązałoby się z karną degradacją np. do IV lub V ligi. To oczywiście czarny scenariusz, ale wystarczy przypomnieć niedawną historię Polonii Warszawa (obecnie występuje w IV lidze), żeby zdać sobie sprawę, że jak najbardziej możliwy.

Jakie może być wyjście z tej podbramkowej sytuacji? Według dziennikarza "Gazety" do gry powinno wkroczyć miasto. Nie ma tu mowy o tym, że powinno odkupić udziały od Kuchara, bo wydawanie publicznych pieniędzy na zawodową piłkę jest zawsze decyzją kontrowersyjną. Jednak powinno zrobić wszystko, aby znaleźć kogoś, kto zainwestuje w Lechię. Kto sprawi, że zapoczątkowany kilka lat temu projekt "Wielkiej Lechii", nie zostanie zaprzepaszczony. Gdańsk potrzebuje dobrego zespołu, tym bardziej dysponując tak wspaniałym stadionem jak PGE Arena. Ostatnie lata z różnych względów zostały zmarnowane, ale wciąż można uniknąć katastrofy.

Źródło: trojmiasto.sport.pl