W cyklu felietonów 'Okiem Kibica' prezentujemy dzisiaj artykuł Miłosza Weina.

Kiedy przyjeżdżałem do Gdańska, postanowiłem najpierw obserwować. Nie byłem związany w żaden sposób z Lechią. Ale kocham piłkę, futbol to moje życie. Osiedlając się tu, mimowolnie staję się jednym z Was. Choć sercem zawsze będę przy grudziądzkiej Olimpii (swoją drogą też biało –zielonej), życie toczy się dalej.
Minął miesiąc. Czym w moich oczach jest Lechia Gdańsk?

Lechia to kibice

Kiedy żołnierze generała Probierza poczynają ostatnie przygotowania do piłkarskiej bitwy, tłumy ludzi zmierzają na arenę zmagań. To oczywiste, że wsparcie dwunastego wojownika jest bezcenna w walce o zwycięstwo.

Fana zmierzającego na stadion Lechii nie trudno rozpoznać, gdyż charakteryzuje go rzecz święta: biało – zielony szalik. Bez względu na płeć, wiek, pozycję społeczną. Obserwując, widziałem młodych ludzi, dzieci z rodzicami, starsze osoby.

Społeczeństwo na dwie godziny zapomina o różnicach je dzielących, liczy się to, że idziesz na Lechię. Pieszo, samochodem, komunikacją miejską. Wszystko jedno. Ważne jest to, że jesteś na meczu, że wspierasz, że jesteś z drużyną na dobre i na złe. Coś pięknego.

Nowoczesny stadion

Od niedawna w kraju z Lechią kojarzy się PGE (czy jak kto woli Baltic) Arena. Czterdzieści cztery tysiące miejsc. Piękny projekt, który powstał na potrzeby EURO 2012. Potraktowany przez osoby kierujące Klubem, jako narzędzie do budowy wielkiej drużyny, do przyciągnięcia kibiców, sponsorów, coraz lepszych piłkarzy.

Lechia Gdańsk

Nowy stadion to jak wygrana w Dużego Lotka dla Lechii. Drugiej takiej imprezy jak Mistrzostwa Europy w piłce nożnej, a zarazem związanych z nią inwestycjami, Gdańsk ze swoją chlubią – Lechią – szybko nie otrzyma. Tym bardziej trzeba taką sytuację wykorzystać.
Dla grudziądzanina, przyzwyczajonego do skromnego, mającego już swoje lata stadioniku, to inny świat.

Budowa drużyny

W jaki sposób ją wykorzystać? Najlepszy z możliwych. Wejść na drogę sukcesu, powalczyć o Mistrzostwo Polski. W końcu zostać najlepszą drużyną w kraju. Awansować do fazy grupowej Ligi Europy, zagrać przy czterdziestu tysiącach z Juventusem, Austrią Wiedeń, czy innym Manchesterem. A z każdym można wygrać, jak pokazał swego czasu Kolejorz.

W końcu zrealizować marzenia o elitarnej, niedostępnej dla Polski od kilkunastu lat Lidze Mistrzów. Daj Boże, żeby któryś Mistrz Polski w końcu do niej awansował. Daj Boże, żeby to była Lechia.

Praca u podstaw, zaufanie

Jednakże jak to osiągnąć, aby powyższe zdania nie były tylko utopijnymi marzeniami? To najtrudniejsze zadanie w całej układance. Chociaż jak pokazuje przykład białoruskiego BATE Borysów – można.

Przede wszystkim inwestycja w kapitał ludzki. Dajmy utalentowanej młodzieży możliwość trenowania w warunkach europejskich, a oni wyrosną na piłkarzy takiego pokroju. Poprowadzą Lechię do sukcesów. Połóżmy szczególny nacisk na młodzież. Za kilka lat ona spłaci swój dług.

Lechia Gdańsk

Po drugie, dajmy popracować trenerowi Probierzowi. Młody, z ambicjami i pomysłem. Zaufajmy mu. Niech popracuje kilka lat, niech zbuduje swoją Lechię. Wtedy zacznijmy go rozliczać. Przykład prezesa Wojciechowskiego pokazuje, że można mieć fundusze, ale bez zaufania, czasu i cierpliwości, to pieniądze wyrzucone w błoto.

Przykład? Proszę bardzo. Polska Borussia Dortmund. Jurgen Klopp przejął zespół, kiedy znajdował się on na skraju bankructwa. Popracował, popracował i proszę. Mistrzostwo i Puchar Niemiec, finał Ligi Mistrzów. Można? Bierzmy przykład z najlepszych.

Stawiajmy na „naszych”

Do pewnej refleksji skłoniła mnie postawa warszawskiej Legii w tegorocznej Lidze Europy. W środku pola gra 30-letni Helio Pinto. Nie wnosi NIC do gry zespołu, a mimo to gra. Skoro jest bezwartościowy, bezbarwny na tle rywali, to czemu nie gra kapitan młodzieżowej reprezentacji Polski, Dominik Furman? Nawet jeśli nie zagrałby lepiej od Pinto, to doświadczenie z takich meczów w przyszłości na pewno by zaprocentowało. Z zyskiem dla Wojskowych. Ale przecież lepiej postawić na przepłacanych słabeuszy zza granicy. To u nas takie „normalne”.

Rola mentora

Daisuke Matsui. Człowiek, który z niejednego pieca jadł chleb. Piłkarz ograny w lidze o wiele lepszej niż nasza Ekstraklasa. Nawet jeśli już nie jest tak dynamiczny, wciąż jest kapitalny technicznie, doświadczony, a chociażby młody Frankowski ma się od kogo uczyć.

Doczekamy się eksplozji?

Nie od dziś wiadomo, że mieszanka rutyny z młodością jest wybuchowa. Takiego prochu potrzebuje generał Probierz. Kiedy on układa ten proch w logiczną, dobrze ułożoną taktycznie broń, wspierajmy Lechię. Mimo wielu niepowodzeń, nieoczekiwanych rozczarowań, ale i małych sukcesów. Czy wygrywasz, czy nie.. Przecież nikt nie mówił, że będzie łatwo..
A ja mimo, że powoli przesiąkam biało – zieloną Lechią, wciąż jestem obcy.

Przeczytaj więcej felietonów z cyklu "Okiem Kibica"

Autor: Miłosz Wein