O życiu piłkarza. O kontuzjach, o walce z bólem, szpitalach i operacjach. O hazardzie. O trenerach. Warto przeczytać wywiad przeprowadzony przez Weszlo.com. Zachęcamy.

Zniknąłeś z pierwszego szeregu środowiska piłkarskiego.

Rzadziej pojawiam się w mediach, ale z piłki nie zniknąłem. Pracuję w firmie BMG Sport, szkolę chłopaków w AS Pomorze i żyję spokojniej. Kiedyś bywałem w prasie wręcz za często. Dziś nie jest mi to potrzebne.

Gdybyśmy stworzyli ranking piłkarzy najbardziej negatywnie doświadczonych przez futbol, to pewnie znalazłbyś się w europejskiej czołówce.

Co składa się na sukces? Umiejętności, zdrowie, głowa i ciężka praca. Umiejętności – nieskromnie mówiąc – zawsze miałem wysokie, ale już w wieku 18 lat, po debiucie w ekstraklasie, złapałem pierwszą kontuzję. Potem spędziłem sześć udanych lat w Amice. Gole w ekstraklasie, reprezentacja olimpijska, kadra narodowa, europejskie puchary, a wszystko zakończone feralnym – z dzisiejszej perspektywy – transferem do Wisły. Tam na jednym z pierwszych treningów doznałem urazu, z którego praktycznie nigdy się nie podniosłem. Był 2004 rok, miałem 26 lat i w zasadzie skończyłem karierę. Z pięciu lat trzy spędziłem w gabinetach lekarskich lub na stołach operacyjnych. W sumie przez całą karierę przeszedłem cztery operacje krzyżowych, dwanaście operacji kolan, złamanie stopy, operację serca, wszczepianie tytanowych siatek w pachwinach – te kilkanaście zabiegów musiało się na mnie odbić.

Po piętnastu operacjach wiele osób nie mogłoby wyjść z domu bez chodzika.

Przypominają mi się słowa Marka Zieńczuka, który dopiero w Grecji doznał pierwszego poważnego urazu. – Dawid, nie wyobrażam sobie, że wróciłbym do grania, gdybym zerwał te krzyżowe drugi raz – powiedział mi w trakcie rehabilitacji w Gdańsku. Uwierzcie – to ciężka, mozolna praca, a po pięciu-siedmiu miesiącach – w zależności od tego, jak reaguje organizm – musisz jeszcze dojść do formy. Wszystko trwa dobry rok. „Zieniek” twierdzi, że nie miałby chyba charakteru, a ja po czterech zerwaniach jeszcze przez trzy lata grałem w ekstraklasie. Dzięki mocnemu charakterowi podnosiłem się po każdej operacji. Tylko forma nie była już ta…

Każdy zabieg zabierał ci pięć czy dziesięć procent?

Na pewno. W Amice nigdy nie strzelałem seryjnie – 38 goli w ekstraklasie nie powala – ale z dziesięć bramek padło po ograniu dwóch-trzech chłopaków, a do tego z trzy loby z szesnastki… Do dziś pamiętam gola z Legii. Irek Kościelniak zagrywa z rożnego, biorę piłkę, ogrywam Czereszewskiego, Mosóra, sadzam kogoś na dupie i strzelam Grzesiowi Szamotulskiemu w okno. Niezapomniane chwile. Po latach wszyscy mi powtarzają, że nie wykorzystałem umiejętności. Powód? Kontuzje i – nie czarujmy się – głowa. Młody chłopak dostał duże pieniądze, zbłądził, zabrakło opieki…

Sam też jej nie szukałeś. Raczej nie przyjąłbyś pomocy mentora.

Ciekaw jestem, jak to wszystko by się potoczyło, gdyby ktoś poświęcał mi tyle czasu, ile ja poświęcam moim zawodnikom. Charakter miałem trudny – przyznaję. Czasem to przeszkadzało – szczególnie podczas rozmów z trenerami – ale na koniec zawsze grałem. Decydowały umiejętności. Grałem wszystko nawet u Stefana Majewskiego, którego – o czym sami wiecie najlepiej – środowisko ocenia różnie. Potem dopiero zdrowie podupadło, ale nie jest tak źle. Wiele wniosków, które wyciągnąłem w trakcie kariery, przydaje mi się dziś w menedżerce.

Stanisław Szozda zapytany, co zapamiętał z kariery, odpowiedział, że przednie koło roweru. Ty pewnie wskazałbyś sufit w szpitalu. Liczyłeś kiedyś, ile czasu tam spędziłeś?

Wbrew pozorom nie tak dużo, bo zwykle to był zabieg, jeden dzień i wyjazd do domu.

Gorzej z rehabilitacją?

Kibice myśleli, że to wszystko jest takie proste – łapię kontuzję, kasuję pensję i siedzę w domu. Niestety, to nieprawda. Przez pierwsze trzy lata rehabilitowałem się od poniedziałku do piątku, od 8 do 20 z przerwami na posiłki. Dlatego jak dzisiaj widzę chłopaków, którzy porehabilitują się dwie godziny i narzekają, to… Kiedyś naprawdę było inaczej. Przy kontuzji czeka cię dwa razy więcej pracy, niż wtedy, gdy jesteś zdrowy. Mnie te salki rehabilitacyjne śniły się po nocach. Zdarzały się chwile zwątpienia, ale zawsze wracałem. Najlepiej świadczy o tym fakt, że nie skończyłem kariery z powodu kontuzji. Mogłem jeszcze iść do pierwszej ligi, ale – może dziwnie to zabrzmi – nie interesowała mnie jakaś gra na siłę za pięć tysięcy. Nie wyobrażam też sobie, że w wieku 36 lat miałbym grać w IV-ligowym Gryfie Wejherowo. Zawsze uważałem – nie wiem, czy się zgodzicie – że dobry zawodnik ma trzy-cztery kluby, a nie – w wieku 24 lat – szuka trzynastego pracodawcy.

Przeczytaj cały wywiad

Źródło: weszlo.com