W poprzedniej edycji Pucharu Polski piłkarze Lechii wygrali w finale 1:0 z Jagiellonią Białystok. Dziś przypominamy wam wszystko to, co wydarzyło się wówczas na PGE Stadionie Narodowym w Warszawie.

Niesamowity był ten wybuch radości po golu strzelonym przez Artura Sobiecha. Ponad połowa stadionu była w ekstazie, każdy zdawał sobie sprawę, że to była jedna z ostatnich akcji meczu i Jagiellonia nie ma prawa doprowadzić do wyrównania. Może i spotkanie nie było porywające, ale finały z reguły nie należą do najbardziej efektownych widowisk sportowych. Chodzi głównie o taktykę, o to, żeby nie stracić bramki. Walory artystyczne schodzą na dalszy plan. Tak też było 2 maja 2019 roku w Warszawie.

Warto też podkreślić świetne zachowanie kibiców obu zespołów. W czasie meczu nie było wzajemnych bluzg, nie było przejawów agresji. Po spotkaniu na ulicach widzieliśmy fanów Lechii i Jagiellonii idących ramię w ramię przez ulice Warszawy. Nikomu nawet nie przyszło do głowy wszczynać jakichkolwiek awantur. Wszystko odbywało się w spokoju, ale też... w nienawiści do Polskiego Związku Piłki Nożnej.

Niestety nie da się od tego uciec. Samo wpuszczanie kibiców Lechii na stadion było tego dnia kompromitacją PZPN-u. Bramy otwarte od 9? Owszem, zresztą sami byliśmy na obiekcie dość wcześnie, ale wynikało to wyłącznie z faktu, że nie jechaliśmy pociągiem specjalnym wraz z największą grupą naszych kibiców. Pojawiliśmy się w okolicach obiektu około godz. 11, jakby przeczuwając, że później mogą być jakieś problemy. Ultrasi akurat przygotowywali oprawę, trybuny były jeszcze puste, nie było nawet fanów z Białegostoku. Cisza, spokój. Nic nie zapowiadało późniejszych komplikacji.

 

 

Cóż, niestety ochrona kompletnie nie była przygotowana do organizacji takiego meczu. Wyrywkowe kontrole (z czasem było ich coraz więcej), konieczność ściągania kurtek, butów (naprawdę, kontrola gorsza niż na lotnisku dzień po zamachu terrorystycznym), narastające napięcie wśród coraz bardziej sfrustrowanych kibiców. W pewnym momencie z nieznanych przyczyn zamknięto bramy, by po paru minutach w powietrzu unosił się niekoniecznie sympatyczny zapach gazu łzawiącego. To kolejny idiotyczny pomysł pracowników ochrony, a zajęłoby nam stanowczo zbyt dużo czasu opisywanie szczegółowo popisów tych ludzi, którzy traktowali kibiców jak zwierzęta. 

Przez te wydarzenia spora część kibiców nie zdążyła wejść na stadion przez pierwszym gwizdkiem. Zresztą, było to widać po zachowaniu naszych kibiców, bo przecież dopiero od 46. minuty rozpoczął się doping dla biało-zielonych. W pierwszej połowie skupiliśmy się na "pozdrawianiu" PZPN-u oraz policji. Szczęście w nieszczęściu, że przynajmniej żaden z nas nie przegapił zwycięskiej bramki.

Po końcowym gwizdku u wielu osób pojawiły się łzy. Łzy szczęścia, bo przecież dla sporej grupy kibiców Lechii był to pierwszy w życiu sukces tej drużyny. Wielu z nich nie pamiętało wyczynu z 1983 roku. Śpiewom nie było końca. Czy to na stadionie czy już poza nim, gdy ruszyliśmy w drogę powrotną. Parę tygodni później wróciliśmy wspomnieniami do tego spotkania, gdy na fecie przy Neptunie pojawiły się te same przyśpiewki.

 

Jak będzie w piątek (godz. 20) w Lublinie? Obyśmy mogli raz jeszcze przeżywać podobne emocje.

 

źródło: własne