Roszady w składzie Lechii nie są zbyt częste. Zdarza się, że trener Piotr Stokowiec po meczu wymieni paru zawodników, natomiast nie dzieje się to hurtowo. Są w gdańskim klubie pewniacy, są też jednak tacy, którzy nie mogą być zadowoleni ze swojego aktualnego statusu.

Jakiś czas temu pisaliśmy o młodzieżowcach, którzy praktycznie nie dostają szans w pierwszym zespole Lechii (oczywiście z wyjątkiem Tomasza Makowskiego). Warto jednak skupić się też na tych nieco starszych zawodnikach, bo jest grupa będąca bardzo daleko od wyjściowego składu.

Żarko Udovicić parę tygodni temu nie łapał się nawet na ławkę rezerwowych i poczynania kolegów z zespołu musiał oglądać z perspektywy trybun. Ostatnio jednak dostał parę szans od trenera Stokowca, więc Serb może mieć nadzieję, że wkrótce zacznie odgrywać większą rolę w drużynie. Tym niemniej, 111 rozegranych minut na przestrzeni dziewięciu kolejek jest wynikiem, nie oszukujmy się, słabiutkim.

Zadowolony ze swojego statusu nie może być też m.in. Zlatan Alomerović, który w większości polskich klubów miałby pewne miejsce w bramce. Dusan Kuciak jest absolutnym numerem jeden, więc Zlatan musi zadowolić się występami w Pucharze Polski, a - jak na razie - było to zaledwie jedno spotkanie. Trudno się akurat dziwić Stokowcowi, bo Kuciak nie popełnia błędów (poza nielicznymi wpadkami), więc nie ma potrzeby czegokolwiek zmieniać.

Podobnie jest w przypadku środka obrony. Michał Nalepa i Bartosz Kopacz tworzą bardzo dobry duet stoperów. Mario Maloca z zazdrością musi spoglądać w ich kierunku. Gdy wracał do Lechii, przekonywał, że chce odgrywać tu znaczącą rolę. Tymczasem daleki jest od formy sprzed wyjazdu do Niemiec. Daleko mu do "Generała". Chorwat rozegrał w tym sezonie zaledwie 140 minut (1:3 z Rakowem, 0:3 z Górnikiem) i niestety był w tych meczach mocno przeciętny. W jeszcze gorszej sytuacji jest natomiast Rafał Kobryń (56 minut). Teoretycznie mógłby grać na dwóch pozycjach - prawa obrona oraz środek defensywy, natomiast dość wyraźnie przegrywa rywalizację i ta sytuacja raczej prędko się nie zmieni. Aha, celowo pominęliśmy w tym zestawieniu Kristersa Tobersa, który na początku sezonu był kontuzjowany i na treningach pracuje, żeby udowodnić swoją wartość.

Warto też się zastanowić nad sensem kontynuowania projektu pt. "Indonezyjski Messi". Egy Maulana Vikri jest piłkarzem-zagadką. Trudno dostrzec jego mocne strony. Jest to jego trzeci sezon w Lechii i jakoś nie widzimy, by zanotował jakikolwiek progres. Jeśli błyszczy (a raczej błyszczał) to fragmentami w meczach rezerw. W tym sezonie nie zszedł do drugiego zespołu ani razu, a w PKO Ekstraklasie dostał zawrotne 60 minut (rozłożone na cztery mecze) i nie wykazał się niczym szczególnym.

Podobny przypadek to postać Egzona Kryeziu. Na razie jedyne, z czego go zapamiętaliśmy, to zmarnowana szansa i niewykorzystany rzut karny w meczu Pucharu Polski z Lechem Poznań w poprzednim sezonie. Nie jest to zbyt pozytywna laurka. Jasne, jest młody, regularnie otrzymuje powołania do młodzieżowej reprezentacji Słowenii, natomiast mamy z nim ten sam problem, co jeszcze jakiś czas temu ze wspomnianym Makowskim. Nie za bardzo wiemy, w jakim kierunku ten chłopak chce iść. Czy ma to być przecinak, typowa szóstka, którego zadaniem jest wyłącznie agresywny odbiór piłki i podanie do najbliższego. Na to wychodzi, ponieważ im bliżej bramki przeciwnika, tym Egzon wydaje się nie wiedzieć, co zrobić. I zupełnie nie dziwi nas fakt, że zagrał w tym sezonie tylko dwanaście minut (i to w wysoko wygranym meczu z Podbeskidziem Bielsko-Biała, gdy wynik był dawno rozstrzygnięty). Być może Słoweniec ma potencjał, nie skreślamy go, ale obecnie w ogóle nie widzimy sensu tego transferu. Makowski bije go na głowę w każdym elemencie gry.

281020kas0045

Wróćmy jeszcze na moment do skrzydłowych. Wspomnieliśmy o Udoviciciu, ale jest też drugi skrzydłowy, po którym sporo sobie obiecywaliśmy. Jaroslav Mihalik, bo o nim mowa, rozegrał tylko 157 w tym sezonie. Oczywiście bierzemy pod uwagę, że w trakcie ostatniego zgrupowania reprezentacji Słowacji miał pozytywny wynik testu na koronawirusa, przez co nie mógł zagrać z Pogonią, Zagłębiem i Wisłą Kraków, natomiast jakoś nie mamy przekonania, by trener Stokowiec dał go do wyjściowego składu na którekolwiek z tych spotkań. Omran Haydary i Conrado są zdecydowanie wyżej w hierarchii.

Na koniec zostawiliśmy dwóch zawodników, którzy rozegrali blisko 400 minut, natomiast nie zaryzykujemy stwierdzenia, że są do końca zadowoleni. Są to jednak dwa różne przypadki. Po pierwsze - Łukasz Zwoliński (393 minuty). Na pewno "Zwolak" może mieć poczucie niedosytu, bo tylko dwa razy zagrał pełne 90 minut (po raz ostatni 29 sierpnia!). Flavio Paixao mimo trzydziestu sześciu lat na karku cały czas utrzymuje miano napastnika numer jeden, dość regularnie strzela bramki i niezbyt się dziwimy, że trener nie chce niczego zmieniać. Zwoliński jest jednak ambitnym zawodnikiem, w środku na pewno mocno się gotuje, gdy widzi skład na kolejny mecz i swoje nazwisko wśród rezerwowych. Musi jednak zacisnąć zęby, bo w końcu dostanie swoją szansę i musi zrobić wszystko, żeby ją wykorzystać. Dotychczas zazwyczaj dawał pozytywne impulsy, gdy wchodził z ławki - z Zagłębiem wywalczył rzut karny, wcześniej jako zmiennik strzelił gola Podbeskidziu.

Po drugie - Maciej Gajos (382 minuty). Cały jego dotychczasowy pobyt w Lechii nie jest specjalnie udany. Nigdy nie był pierwszoplanową postacią biało-zielonych, oczekiwania względem jego osoby (może niesłusznie?) były zdecydowanie większe. Jego nazwisko przewija się przez skład Lechii, raz zaczyna od początku, innym razem wchodzi z ławki, ale powiedzmy sobie uczciwie - przy braku kontuzji (i zachorowań) nie ma dla niego miejsca w składzie. Kenny Saief jest nie do ruszenia na pozycji ofensywnego pomocnika. Trzeba by więc zejść nieco niżej, ale czy ktoś wyobraża sobie, że Gajos zajmie miejsce Jarosława Kubickiego

Są więc w Lechii zawodnicy pewni miejsca w składzie, są też tacy, którzy nie muszą martwić się o swoje. Z jednej strony taka stabilizacja jest korzystna dla zespołu, ale z drugiej, szczególnie przy obecnej sytuacji związanej z pandemią i brakiem "zrzucania" zawodników z pierwszego zespołu do rezerw, pojawia się problem ogrania tychże piłkarzy. Dobrego wyjścia nie ma. Ci niegrający muszą uzbroić się w cierpliwość.

źródło: własne