Maciej Gajos najpierw walnie przyczynił się do wygranej z Koroną Kielce (2:0), strzelając pierwszego gola, a parę dni później dzięki jego dwóm trafieniom Lechia złapała kontakt z Gryfem Wejherowo w Totolotek Pucharze Polski. Wszedł na boisko w 52. minucie (przy stanie 0:2), by samemu doprowadzić do remisu w pięć minut.

- Wydawało się, że będzie łatwo i przyjemnie, ale nic takiego nie miało miejsca. Nie uważam jednak, że zlekceważyliśmy Gryfa. Przed meczem uczulaliśmy się, że trzeba być skoncentrowanym. Trzeba było gonić, bo bardzo sobie skomplikowaliśmy sytuację w pierwszych pięciu minutach. Najważniejsze jednak, że udało nam się dogonić rywala i rozstrzygnąć kwestię awansu w dziewięćdziesięciu minutach, unikając dogrywki. Cieszę się, że moje bramki pomogły drużynie w przejściu do kolejnej rundy - powiedział Maciej Gajos.

Biało-zieloni strzelili decydującego gola w 89. minucie, gdy po dośrodkowaniu Rafała Wolskiego piłkę do siatki skierował Flavio Paixao. Bramka jak najbardziej zasłużona, bo w końcówce gdańszczanie bardzo mocno - mówiąc kolokwialnie - usiedli na rywalu. - Nie myśleliśmy o dogrywce, choć ona na pewno by nam nie pomogła przed kolejnym ligowym meczem. Ale z drugiej strony, gdyby do niej doszło, to nie byłoby to dla nas problemem. Nikt z nas nie kalkulował. Trzeba było dać z siebie maksa. Patrzyłem na zegar i po prostu chcieliśmy strzelić trzecią bramkę. W końcówce tych strzałów było coraz więcej. Cieszymy się, że udało się strzelić zwycięskiego gola i awansować dalej - stwierdził pomocnik Lechii.

Strzelec dwóch goli odniósł się też do wydarzeń na trybunach, po których mecz został przerwany na dwadzieścia minut. - Czegoś takiego jeszcze nie widziałem. Oprawy są różne. Pierwsza część poszła w górę, natomiast potem mocno się przestraszyliśmy, gdy ta rakieta leciała w kierunku Zlatana. Na szczęście przeleciała obok i nikomu nic się nie stało - podsumował Gajos.

źródło: własne